wtorek, 15 stycznia 2013

Każdy początek ma swój koniec, by każdy koniec mógł być na powrót początkiem.


                    Ostatnio mam nie przyjemność widzieć wiele rozstań ludzi, którzy byli sobie bliscy przez tak wiele lat. Nie wiem z czego to wynika, ale jeśli tak jest lepiej, to nie mam zamiaru protestować.
Ja rozstania ostatnio żadnego nie przeżyłem...w realnym świecie...

- Czy płakałabyś gdybym odszedł?

- Co to w ogóle za pytanie? Oczywiście żebym tęskniła – oburzyła się. - Brakowałoby mi Twych oczu spoglądających na mą twarz o poranku, gdy moje jeszcze brodzą we śnie. Brakowałoby mi dotyku Twych dłoni, gładzących me piersi, z uwielbieniem, a nie pożądaniem niczym zwierzęce, nie rozumiejącego piękna ciała.

- Przestań! - przerwał jej gwałtownie. - Nie mów tak!

- Jak nie mam mówić, skoro słowa te czuje. Chce je wypowiedzieć na głos, by odbite od świata, echem do mnie wróciły, sił mi dodały.

- Ale...ale ja nie zasługuje – podniósł się z fotela, odłożył nalaną wcześniej whisky i podszedł do okna. - Nie zasługuje na Twe myśli, na Twe utęsknienie gdy spóźniam się z pracy, kiedy w ręku trzymasz telefon niczym kamień rozpalony, odkładany i podnoszony co minutę, co sekundę. Nie jestem już tym, komu powiedziałaś tak. Komu drzwi w zimowy wieczór otworzyłaś, nie zważając na chłód mogący wtargnąć do mieszkania bez proszenia. Kołatałem, a Ty otwarłaś. Bez uprzedzeń. Z nadzieją na lepsze. Ale ja już nie jestem tym, kim przedstawiłem Ci się u początków mej z Twoją znajomości.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zdumiała się, a łzy niczym fale oceanu cisnęły się do jej oczu. - Tylko mi nie mów, że to nie moja, a Twoja jest wina. I tak nie uwierzę.

- Kiedy to prawda. To ja się zmieniłem. To ja zbyt często oddawałem swe serce pod opiekę długowłosych aniołów. Zbyt często, zbyt intensywnie zapominałem o Twym istnieniu. A teraz, ja nie potrafię Ci spojrzeć w oczy. Moje sumienie, tak obłąkane, spokoju mi zaznać nie daje. Ich imiona Alicja, Nicola...

- Zamilcz! Nie chce tego słuchać... - łkała

- Kiedy zobacz jakim jest naprawdę. Dobrym mnie zrodzono, a grzesznym pochowają. Z serc zranionych, złamanych rozliczony będę. Na sądzie nie pozwolę zabrać Ci głosu w mej obronie. Jednak usprawiedliwienia szukam. Starałem się, nie pozwalałem łatwo poddać się złu tkwiącemu w mej duszy.

- Nie jesteś zły – przytuliła w myślach kogoś, teraz tak obcego. Wydawało się jej bowiem, że zna człowieka z którym przeprowadziła tyle cudownych rozmów, przy akompaniamencie wina, tak starego, jakby chciała, by ich związek kiedyś był. - Nie jesteś zły – powtórzyła.

- A dobrym byś mnie nazwała? Więc skoro na przymiot dobra z Twych ust nie zasługuję, to czym więcej, jak czymś złym jestem?

- Jaką miarą swą nikczemność mierzysz? Ja od 3 minut nie przestałam Cię kochać, a i zła w Tobie nie widzę. I wiem, że póki uczucie we mnie goreć będzie, to go nie ujrzę. Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że nie potrafię. Miłość mnie zwiodła. Słodki narkotyku odurzaj mnie wciąż od nowa. Uczucie którym pałam do Ciebie jest niczym ściana murowana wspomnieniami, stojąca przed trzeźwo patrzącymi źrenicami...


Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania,  informowania swoich znajomych o tym blogu. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej frajdy. Pozdrawiam 

piątek, 11 stycznia 2013

Dialog miłości z zazdrością


                    Z natury nie jestem osobą zazdrosną, a może po prostu się nigdy nie zakochałem. Tak zwyczajnie w świecie. Niestety nie ma jeszcze testu na miłość, który pozwalałby nam ją odróżnić od tuzina innych uczuć. A może miłość to układanka konkretnych emocji, które same nic nie znaczą, ale razem, dają nam miłość? Czy to nie dziwne, że można pożądać ale nie kochać, i można nie znosić, a kochać nad życie?

                    Kiedyś pewna kobieta powiedziała mi, że to źle, że nie jestem zazdrosny; że to znaczy, że mi nie zależy na kimś. Zmartwiłem się. Pomyślałem, że może być to prawdą, skoro tak wiele osób wokół mnie jest zazdrosnych o swoje połówki albo cierpią z powodu owej zazdrości. Zastanowiłem się nad owym zarzutem, który mi postawiono i po chwili zacząłem:

- Czy zazdrość to przeciwieństwo zaufania?

- To zależy co rozumiesz przez zaufanie – odpowiedziała

- Gdybyś była pewna, że Twój mężczyzna nigdy nie uczyni czegoś, co zabolałby Cię, co złamałoby Ci serce, to ufałabyś mu?

- Gdybym miała pewność, tak, to bym ufała

- Więc zazdrościsz, bo nie do końca ufasz, prawda?

- Tak można byłoby to ująć – wypowiedziała z grymasem piszącym się jej na twarzy

- A czy elementem miłości jest zaufanie?

- Tak, na pewno tak. Jakbym miała zresztą kochać, gdybym nie ufała? Oszalałabym.

- Więc jeśli zazdrość jest uczuciem przeciwnym zaufaniu, które zresztą składa się na miłość, jak owa zazdrość może być zarazem jej elementem?

- No tak, ale... - dziewczyna nie wiedziała co powiedzieć. W głębi serca chciała przyznać racje ale ambicja nie pozwoliła jej przegrać rozmowy, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie – ale to właśnie miłość. To właśnie ten paradoks. Miłość nie jest jednowymiarowa. Ona mieni się zarówno kolorami najpiękniejszych dywanów z Indii, jak i czernią tak głęboką, że aż zdolną zgasić świece.

- Ale czy czerń to kolor? Kiedy jest Ci zimno, to takie coś jak mróz nie istnieje. W fizyce bowiem jest jedynie ciepło, a konsekwencją jego braku jest chłód. On sam obiektywnie nie istnieje. Tak samo jest z czernią, która nie jest kolorem, a jego brakiem.

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że czerń symbolizuje brak miłości? - zdumiona próbowała chłonąć każde słowo całym swym ciałem

- Nie. Czerń obrazuje wszystko to, co miłością nie jest, a co my ludzie, istoty wiecznie usprawiedliwiające swe słabości, chcemy nazywać jej przymiotami. Z zazdrości bowiem uczyniliśmy cnotę na wskroś najwyższych idei. „Zazdrościsz, czyli Ci zależy”- powiadają. Tak samo jak wmawia się nam od maleńkości, że miłość to wcale nie lekka podróż. Nic bardziej mylnego

- Ale dlaczego? - zdumiała się dziewczyna. - Przecież miłość jest trudną wędrówką

- Nie. Miłość nie jest wędrówką. Miłość kończy swój bieg kiedy się pojawia. Kiedy się pojawi, niczego więcej nie wymaga. Miłość nie jest jak kwiat, który trzeba podlewać, dbać o niego. Miłość to ziarno, z którego kwiat wyrasta. A kwiat jest jej owocem. Kwiat symbolizuje jej podtrzymywanie, jej ciągłość. Jeśli nie zasieje się ziarenka, to choćbyśmy dbali o ziemię, podlewali ją i Słońca jej co dnia użyczali, to kwiat się nie pojawi, bo nie było na czym budować, nie było fundamentu którym jest miłość. A zatem owe ziarenko samo w sobie jest nią całą.

- Czy to znaczy, że nie warto dbać o miłość? Że niby ona sama się obroni? - chciała zrozumieć

- Nie. Miłość nie ma nic wspólnego z codziennością. Nie możemy walczyć o miłość, bo ona jest albo jej nie ma. Możesz nie zamienić z kimś słowa, a go pokochać, a możesz walczyć – jak Ci się zdaje o miłość – ale nigdy jej nie doznać.
Wiele razy mimo czyichś starań, wcale nie odwzajemniamy uczuć tego kogoś. Mamy poczucie winy, dlaczego nie potrafimy pokochać, tak dobrego dla nas człowieka. Dochodzi do tego, że zaczynamy się obwiniać, bo nie potrafimy zrozumieć, że miłość istnieje bez powodu, W owych czasach wszystko ma swoją przyczynę i konsekwencję. Jak więc wytłumaczyć, że coś, a tym bardziej coś tak ważnego jak ona, pojawia się ot tak, znikąd. Wydaję nam się, że ktoś na miłość musi zasłużyć, kiedy wcale tak nie jest. Z miłością jest jak z Bogiem. Możesz go szukać i nikogo nie znaleść. A możesz usiąść wygodnie i pojawi się znikąd, bo tak było Ci pisane, a może nastał Twój czas, a może zrobiłaś coś, o czym nawet nie wiedziałaś. Nieważne. Ważne jest to, że nie Ty go znalazłaś, a on odnalazł Ciebie.

- No tak, ale jak to ma się do zazdrości? To dlaczego zazdrościmy? Po co nam to uczucie, skoro jest złe?

- Ono istnieje dla Ciebie, a nie dla kogoś. Ono ma Ci ułatwić zrozumienie tego, że z miłości przechodzisz w pożądanie, i to nie erotyczne ale handlowe. Chcesz czegoś, czego mieć nigdy nie będziesz, drugiego człowieka. A kiedy tego nie dostajesz tupiesz nóżkami jak małe dziecko w sklepie z mamą, która mówi, że czegoś nie kupi.
Rodzic zrozumie, że miłość to nie stan posiadania, kiedy jego ukochane dziecko wyprowadzi się z domu. Kochanek zrozumie, że miłość to nie stan posiadania, kiedy ukochana osoba umrze. Uczucie bowiem w obu przypadkach będzie wciąż żywe, będzie istniało.

- Czy to znaczy, że trzeba umrzeć by szczerze pokochać? Albo mój ukochany musi umrzeć, bym zrozumiała, że zazdrość jest zła? - skrzywiła się, nie wierząc w to, co mówi.

- Nie. Przez zazdrość możesz stracić ukochaną osobę albo zrozumieć, że ona nie musi odchodzić, byś nie była o nią zazdrosna. To, że ktoś Cię zdradził nie znaczy, że naciskasz w sercu guzik „Przestaje kochać” i wszystko gotowe. Po sprawie. Zapomniałam. A jednak kochasz dalej, prawda?

- Czyli mam rozumieć, że tak samo jest z zazdrością? Czy ona będzie, czy nie, to nie zmieni faktu, że kogoś kocham, dobrze wnioskuje?

- Tak.

- Ale jak oduczyć się być zazdrosną?

- Tak jak oduczyłaś się raczkować, a nauczyłaś się chodzić – musisz pracować nad tym. Ale ważniejsze jest to, co teraz zrozumiałaś. Bo wiesz, o co walczysz. O kogo walczysz. Możesz być zazdrosną, ale twe serce albo pęknie albo tamto ucieknie. Nie masz wpływu na to, co uczyni drugi człowiek. Nigdy nie miałaś i nigdy mieć nie będziesz.

Dziewczyna posmutniała i oddaliła się z nostalgią w oczach...


Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania,  informowania swoich znajomych o tym blogu. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej frajdy. Pozdrawiam 

sobota, 5 stycznia 2013

Strach ma wielkie oczy, blond oczy.


              Kolejna szansa minęła. Minęła bezpowrotnie. Może byłaby to miłość twego życia, może przygoda, którą wspominałbyś po wsze czasy...ale nie będziesz. Nie będziesz, bo się bałeś. Nie będziesz, gdyż wewnętrzny głos powiedział Ci „Nie. Nie rób tego. Po co? A jeśli ona Cię wyśmieje albo powie żebyś spadał?” Tak naprawdę, to jedyną rzeczą, której możesz być pewien jest to, że nie dowiesz się, jakby to wszystko się potoczyło. A gdybyś zrobił ten krok, teraz nie zastanawiałbyś się nad straconą szansą, a może wprost przeciwnie, siedziałbyś gdzieś, z kimś przy kawie...

Pora kogoś przedstawić. Kogoś, kto towarzyszy nam cały czas, a zarazem każdy chciałby się go pozbyć. Zawsze zabiera głos nieproszony i kiedy już coś mówi, to wiesz, że nie powinieneś go słuchać, ale nie potrafisz się mu przeciwstawić. Wiesz już, kto to?
To Ty sam. Mógłbym napisać, że miałem na myśli ten głosik, tego wewnętrznego krytyka, ale tak nie jest. W Twojej głowie nie ma nikogo, oprócz Ciebie. W innym wypadku do więzienia nie szedłby złodziej tylko uczucie pożądania czegoś, za spowodowanie kolizji drogowej odpowiadałoby zagapienie, a nie kierowca.
Czy rzeczywiście tak bardzo boimy się siebie nawzajem? Czy odezwanie się do kogoś obcego płci przeciwnej jest tak przerażającym wyzwaniem? Tak. Jest. Ale dlaczego tak się dzieje? Przecież nikt świadomie nie wybrał tego, by bać się odezwać do kogoś, kto się nam podoba. Skąd się więc wziął ten opór?
Sobota. Godzina 23.34. Klub. Ona patrzy na niego, on na nią. Ona uśmiecha się lekko, dając mu sygnał, że on się jej podoba. On wstaje i zmierza w jej kierunku. Ona cieszy się, że za chwile go pozna. On mija ją i idzie do swojego stolika, by wyżalić się swoim znajomym, jakie to fajne są tu dziewczyny, ale żadne nie dają się poderwać. Czy to nie znajomy obrazek? Zbyt znajomy, prawda?
„Ale co mam powiedzieć? O czym rozmawiać?” Cóż to w ogóle za pytania? Po prostu bądź sobą. Czy to nie dziwne, że ze swoimi koleżankami masz tematy do rozmów, a z obcą, piękną kobietą nie? Czego, więc tak naprawdę się obawiamy?

Odrzucenie. Mama kochała Cie bezwarunkowo. Czas w szkole spędzałeś ze swoimi kolegami i koleżankami, których zarówno lubiłeś ty, jak i oni lubili Ciebie. Zewsząd otaczała Cię akceptacja. Jednak nikt nie powiedział Ci, że jest ona bardzo zgubna. Bowiem, gdy jest, to czujemy się wspaniale, ale kiedy jej brak, to nie chce się żyć. Człowiek przez całe życia szuka aprobaty wśród innych ludzi. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by ktoś powiedział nam „spadaj”, albo okazał kompletny brak zainteresowania. Wtedy poczulibyśmy się źle, bo nie bylibyśmy już tacy fajni, jak się nam wcześniej wydawało. Gdy chcemy by lubili nas wszyscy – jak zresztą pisałem już na moim blogu – porywamy się na górę nie do zdobycia.
Kiedy wiesz kim jesteś, masz szacunek do samego siebie, to wiesz, że nikt ani nic nie zmąci Twojego poczucia własnej wartości.
Załóżmy, że ta piękna dziewczyna powie nie. Co się stanie? Świat pod Twymi stopami zacznie się sypać niczym babki z piasku podczas przypływu? Otóż nie. Prawda? Więc spróbuj, przecież wiesz, że warto. „Ale co z otoczeniem, z ludźmi, którzy są wokół?” Nie przejmuj się nimi. Kiedy jesteś bowiem młody, to co inni myślą na Twój temat, ma dla Ciebie znacznie. Kiedy jesteś dorosły, to, co inni o Tobie myślą, nie ma znaczenia. A kiedy jesteś już stary, dochodzisz do wniosku, że przez cały ten czas nikt nie zaprzątał sobie Tobą głowy.

Kolejnym powodem do strachu jest to, że ten ktoś pomyśli, że go podrywamy. Mimo, że ten ktoś się nam podoba, to nie chcemy dać tego po sobie poznać. Chcemy więc poderwać kogoś bez podrywania, a seks uprawiać bez uprawiania? Kiedy to czytasz, to ów paradoks wydaje Ci się śmieszny. Ale czy sam/sama nie chciałeś okazać komuś zainteresowania, a jednak tego nie uczyniłeś? Kiedy byliśmy mali i kolega nam doniósł, że podobamy się Ilonie z drugiej B, to byliśmy przeszczęśliwi. Więc czemu sami boimy się pokazać, że ktoś się nam podoba? Uwierz mi, kobieta i tak będzie wiedziała, że ją podrywasz, jeśli „bez powodu” zaczniesz z nią „gawędzić”. Bierz więc z życia to co chcesz. Kiedy słyszę: „W innych krajach to tak, to można poznać kogoś na ulicy, ale tu w Polsce, to tak nie działa” to już wszystko wiem o osobie, która tak mówi. Pewnie nigdy nie próbowała zaczepić kogoś kto się jej podobał albo spróbowała, coś nie wyszło, przez co już nigdy nie chciała spróbować ponownie.
Moja przyjaciółka była zachwycona tym jak adorowali ją włosi podczas wakacji we Włoszech, więc czemu nie zachwycać jej w Polsce?

Pomówmy teraz chwile o porażce. „Boję się podejść, bo mi nie wyjdzie”. W dzisiejszych czasach, my ludzie jesteśmy strasznie skupieni na zwycięstwach. Nie tolerujemy przegranej, porażki. Zresztą, jak mamy skoro w szkole, kiedy popełniliśmy jakiś błąd, to nas karcono. „Błąd to coś złego” nam wmówiono. Kiedy wcale tak nie jest. Czy myślisz, że żarówka powstała za pierwszym razem? Nie. Edison próbował dziesiątki razy zanim mu się udało stworzyć wynalazek który towarzyszy nam po dziś dzień. Każdą nieudaną próbę nazywał nie porażką, ale lekcją, dzięki której wie co poprawić. A my co? Ktoś nam się podoba i nic nie robimy, bo boimy się spieprzyć sprawę. Czyli lepiej nic nie robić. Siedzieć w cieplutkiej strefie komfortu i nie wychylać łebka, bo, a nuż ktoś nam go obetnie. Ale z takim nastawieniem, nigdy nie będziesz miał w życiu tego czego tak bardzo pragniesz. Kobiet (i mężczyzn) nie można się bać. To tak jak z pajączkiem, na widok którego krzyczymy mimo że jest od nas 100 razy mniejszy i 100 razy bardziej od nas przerażony. Spróbuj więc się nie bać, skoro uczucie strachu już Ci się znudziło.

Nie powiem nic nowego, jeśli przypomnę Ci, że twój los leży w Twoich rękach. Nikt za Ciebie nie zauroczy pięknej sąsiadki z bloku naprzeciwko, koleżanki z pracy, czy pięknej nieznajomej. Nie dopuszczaj już nigdy do sytuacji, o której pisałem wyżej, kiedy Ty siedzisz w domu i myślisz: „ A mogłem do niej zagadać”, a ona wracając z owego klubu zastanawia się: „Dlaczego on do mnie nie zagadał?”

Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania,  informowania swoich znajomych o tym blogu. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej frajdy. Pozdrawiam 

środa, 2 stycznia 2013

,Hm, jaką by tu bieliznę założyć...?"


              Przez lata bycia towarem na miłosnej giełdzie, można zauważyć pewne zachowania, które powtarzają się niczym mantra. Są to schematy, które towarzyszą każdemu z nas, czy to w świecie randek, związków, czy różnego rodzaju sytuacji.
Dzisiaj chciałbym się skupić na garderobie. I to na garderobie pań. A żeby być jeszcze bardziej kontrowersyjnym, postanowiłem opisać zależność między rodzajem spotkania kobiety i mężczyzny, a tym jaka bielizna jest przywdziewana przez panie na tę okazję. Żeby nie być gołosłownym, co w tym poście jest idealnym zwrotem, zacznijmy od słabego kalibra, stopniowo kierując się w stronę coraz bardziej intymnych relacji.

              Pierwszym z możliwych połączeń jest niewyzywająca, zachowawcza bielizna plus gustowny strój. Co rozumiem przez gustowny strój? Może być to garsonka, biała koszula i nie za krótka spódniczka, garnitur damski. Kiedy jesteśmy młodszą dziewczyną jest to każdy strój, którym chcemy zrobić dobre wrażenie, a nie oszałamiające niczym Lady Gaga. Ubieramy się tak przeważnie do pracy, na spotkania biznesowe, niezobowiązujące kolacje, czy po prostu na najzwyklejsze spotkanie ze znajomymi. Nie zależy nam wtedy na oczarowaniu kogokolwiek. Bielizna odzwierciedla wtedy nasz stosunek do całej sytuacji. Jest często biała, niekoniecznie seksowna, często mogą to być również zwykłe bokserki.
Osobiście jestem zdania, że ubrania dają nam swego rodzaju moc. One kreują to, kim jesteśmy w danej chwili. Za ubraniem możemy się schować, może ono nas wyrażać, czy oszukać innych na temat tego, jacy jesteśmy. Kiedy idziemy gdzieś, gdzie wiemy, że nikt naszej bielizny nie będzie oglądać, to nie przywiązujemy do niej aż tak wielkiej wagi. Nie ma ona również dawać nam jakiegoś dużego poczucia bycia seksowną. Jej zadaniem jest tylko to, by była. Dlatego kolor, wzór, czy rodzaj materiału ustępują praktyczności. I trudno się temu dziwić. Któż z nas mężczyzn nie ma swoich ulubionych bokserek, które mają więcej dziur niż bawełny ale są najwygodniejsze na świecie. Są równie mocno znoszone przez nas, co nieznoszone przez nasze kobiety.
                Drugim połączeniem jakie udało mi się zauważyć jest powściągliwość w ubiorze zewnętrznym, a seksowną, czasem wyzywającą bielizną. Kiedy mamy do czynienia z takim miksem? Często kobiety stosują taki zabieg na randkach. Czy to pierwszych, czy kolejnych. Dlaczego tak się dzieje? To proste. Kiedy dochodzi do pierwszej umówionej randki, płeć piękna nie chce odkrywać wszystkich kart już na samym początku. A to z powodu żeby nie zostać odebraną jako „ladacznica”, a to by nie pokazywać facetowi, że bardzo jej zależy. Stąd woli ubrać coś niewyzywającego. Często odpadają krótkie spódniczki, seksowne obcisłe sukieneczki, o kabaretkach nie wspominając. Powód tutaj sam w sobie nie jest aż tak ważny, co ważne są jego konsekwencje. A te są następujące.
Kobieta wybiera styl 2 w 1. Z jednej strony chce się czuć bardzo seksowna, przy jednoczesnej chęci nie bycia odebraną jako narzucająca się, swoim wyzywającym ubiorem. Stąd samo ubranie kobiety nie będzie dawało żadnej obietnicy mężczyźnie na „nic więcej” tego wieczoru, a zarazem – jak kto woli – czerwone koronkowe majteczki, czy stanik mają wpłynąć na dobre samopoczucie ich właścicielki. Kiedy kobieta wie, że skrywa ów tajemnicę, czuje się bardziej pewna siebie.
Nie da się ukryć, że panie zakładają też taką bieliznę, bo „a może coś się wydarzy”. Lepiej być przygotowaną, niż świecić białymi majtałasami z napisem czwartek przed mężczyzną. Nie powinniśmy się niczego wstydzić ale kobiecie może wydawać się, że w pantalonach niczym z filmu „Dziennik Bridget Jones” nie zrobi piorunującego wrażenia.
                  Trzecim, a zarazem ostatnim połączeniem jest miks który nazwałem „Girls just wanna have fun”. Występuje on najczęściej w piątkowe i sobotnie wieczory. Te weekendowe dni mają kobietom zrekompensować tydzień „służbowej” powściągliwości. Nie twierdze, że panie wtedy pod wpływem pełni księżyca, najchętniej wybrałyby się do klubu w samym bikini ale na pewno chcą być bardziej kuszące, niż zwykle.
Zestaw z reguły ma być seksowny na dwóch płaszczyznach. I tam gdzie oko nie sięga – a przynajmniej nie oko każdego; i na zewnątrz, by kobieta mogła poczuć się pożądana i adorowana. Czasami gdy kobieta ubierze się zgodnie z powyżej opisanym schematem, zamienia się w kogoś innego. Nasza koleżanka, która na co dzień jest szarą myszką, w sobotni wieczór w klubie zmienia się w wampa, topiącego niewinne męskie serca w swoim Martini.
Seksowne, kuse spódniczki, odważne dekolty, buty na obcasach wysokich niczym wieża Eiffla są dozwolone, a nawet pożądane, zarówno przez męską część widowni, jak i w głębi serca, przez same kobiety. Bielizna nie może wtedy odbiegać od wytyczonego standardu. Ona musi być równie seksowna co sama kobieta. Bowiem nie wyobrażam sobie połączenia pasa do pończoch, butów na obcasach, małej czarnej i …białych, bawełnianych anty-seksów.
Kobieta z trzeciej kategorii sytuacyjno-ubraniowej czuje się seksowna w obu aspektach. Do tego, czy ów wyzywający strój dziewczyny pozostawia obietnice, nie mam wątpliwości, ale o jej spełnieniu decyduje ona sama, bowiem czasem jak się coś dobrze obieca, to nie trzeba nawet dawać.

                Na zakończenie chciałbym jednak wyłamać się z mojej początkowej obietnicy i napisać słów kilka o męskiej bieliźnie ze względu na naciski kobiet. Panowie, niezależnie od sytuacji, zawsze świeże bokserki bez świnek, piesków czy napisów w stylu „instruktor sex-u”. Nie chcecie przecież usłyszeć kiedyś od kobiety: „Obiecanki cacanki!”.

Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania,  informowania swoich znajomych o tym blogu. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej frajdy. Pozdrawiam