Kategorie

poniedziałek, 31 marca 2014

Przytłoczony cudownością.

               W idealnym mieszkaniu mieszkał idealny mężczyzna. Miał idealnie pościelone łóżko, z idealnie wykrochmaloną pościelą. W idealnej pracy zarabiał idealną sumę pieniędzy, by wydawać je na idealny styl życia. Ktoś mógłby powiedzieć: nuda, ale on zwykł mawiać: perfekcja.
               Pewnego dnia zjawiła się ona. Idealna. Ciało doskonałe, bez żadnej skazy. Umysł oczytany, chłonny, otwarty, kreatywny - idealny. Maniery zapierały dech w piersiach, a jej cudowna mowa ciała i ton głosu doprowadzały do szału nieidealnych mężczyzn.
W idealnym łóżku mężczyzny dawała mu idealne orgazmy, by nad ranem robić najsmaczniejsze śniadania jakie mężczyzna w życiu jadał. Były lepsze od maminej, prawie doskonałej, kuchni.

               Czas płynął, a mężczyzna z wiekiem coraz dosadniej zauważał, że on sam nie jest idealny. Nie ma już idealnego ciała. Włosy zaczęła przeczesywać srebrzystość, skóra truchlała się zmarszczkami, a oczy coraz częściej przywdziewały okulary. Wciąż nie panuje nad gniewem, pychą i lenistwem. Świat, który stworzył wokół siebie nijak odzwierciedlał jego wnętrze - poszarpane, okaleczone i naiwne w swej wesołości. Kiedy kurz dnia osiadał na jego barkach, on siadał w idealnie drogim fotelu z lampką wina z idealnego rocznika - 1976, lato było wtedy bardzo wilgotne - i patrzył na swoje szczeliny. Myślał, że z wiekiem wszystko samo się zasklepi, ale się nie zasklepiało. Myślał, że idealna kobieta mu pomoże, ale nie pomogła, mimo, a może przez swą doskonałość. Myślał, że może jeszcze spotka tych, których zobaczyć już się nie da, ale nigdy już nie spotkał W. na swej drodze.

               Czasem, kiedy jego idealna kobieta spoglądała na niego, on wydawał się taki nieobecny.

- Gdzie jesteś idealny człowieku? - pytała.

- Gdzieś daleko, tak mi się zdaje. Gdzieś, gdzie jest inaczej.

- Nieidealnie?

- Tak jakby. Bo widzisz, moje dzieciństwo, idealna kobieto, nie było idealne. Moja pierwsza miłość o idealność nawet się nie otarła. Ale wtedy czułem życie płynące w moich członkach. A teraz? Teraz wszystko oprócz mojego ducha zdaje się być tym, o czym tak głęboko marzyłem i chyba, chyba się myliłem.

- Pamiętaj tylko, że to, iż nie będzie idealnie, wcale nie zmieni Ciebie. Nie daj zapędzić się w kozi róg, w którym zdaje się, że ubóstwo jest odpowiedzią - powiedziała idealna kobieta, cytując wschodniego mistrza.

- Wiem najdroższa, wiem to dosadniej niż mogę to wypowiedzieć, lecz Twoja idealność mnie przeraża, jakby bezdusznością naznaczona. Twe idealne rysy tyle zachwycają, co przytłaczają. Mój strach o Ciebie rośnie, bo ja idealny nie jestem, wbrew temu co Ci się zdaje. Wszystko w Tobie jest idealne. Ale czy piękno jest idealne? Wszytko w Tobie jest poukładane, ale czy jest na miejscu? Wszystko o Tobie już wiem, bo czym idealność mogłaby mnie zaskoczyć? Byłaś kiedyś nieidealna? Powiedz...

- Nigdy. Zawsze byłam, jestem i staram się z całych sił być idealna.

                                                                                                                             dla W.

środa, 26 lutego 2014

Posiedźmy razem w ciszy.

              Siedząca przy oknie dziewczyno, widzę cię, a jakby cię tam w ogóle nie było. Twe ciało spoczywa w tej kruchej formie, gdzie żyły i tętnice dyktują ci rytm, ale twa dusza zupełnie gdzieś indziej. Błądzisz myślami po zakamarkach tego świata. Nie jest dla ciebie wystarczający, prawda? Widzę to po spuszczonej głowie przyklejonej do szyby. Myślisz, że nikt cię nie widzi, a ja patrzę, jak przy okiennych drzwiach odbywasz spowiedź przed sobą. Ty i ja, dwóch obcych na znanej nam planecie.


             Osiągnęłaś to, co chciałaś, ale widzisz marność tego. To Oni chcieli byś chciała tego, a ty nierozważnie im zawierzyłaś. Odpuść na chwilkę, oderwij się od posiadania, a nowe marzenia niech płyną i nabierają i gorzkich kształtów, niepowtarzalnych jak lutowy płatek lodu.

             Przychodzę pod okno na koncert twej zadumy. Cichy to koncert, ale ile emocji wyraża. Szepczące spojrzenie i ciężki oddech poruszający twe szczupłe ciało. Nie potrafię się oprzeć. W myślach jesteś tak mi bliska, że rzeczywistość poznania cię może się okazać tylko gorsza i bardziej rozczarowująca. Bo i w rzeczywistości szukałaś rzeczy, których znaleźć tam nie można. Bo w innym człowieku szukałaś miłości, której też tam nie znajdziesz.

               Codziennie składasz ofiarę ze swojego zmarnowanego dnia. Nie nudzisz się, a jakbyś była leniwa, bo nie robisz tego, co byś chciała. Jakże by pomogło chociaż wiedzieć, co by to miało być, prawda? Rozpuszczone dziecko filmowych szczęśliwych zakończeń. Siła niewiedzy kusi cię, ale nie chcesz się poddać i spokoju zaznać. Coś nie pozwala, coś ciągle podpowiada, że spocząć nie można na tym, co wiesz teraz. To za mało dla ciebie.

               Dziewczyno przy oknie siedząca, jak ci zazdroszczę twojej młodej zadumy. Twej konsekwencji w przyglądaniu się życiu. Blizna za blizną, a ty wciąż szwów się nie lękasz. Za młoda jesteś na spokój ducha, a i sama sobie go nie obiecasz. Rozczarowana rodem męskim dziewczyno. Książka to twój przyjaciel, tylko gdy wiesz, że kłamie ci na każdym kroku. Nie wierz jej. Ona lubi obiecywać i nie dotrzymywać słowa.

              Wodniczko starzejąca się co sekundę, mająca świadomość postępowości nieubłaganego. Poddałaś się już zegarowi i dobrze zrobiłaś. Tyk..tyk..tyk..tyk, i 4 sekundy mniej. Tyk..tyk..tyk..tyk, i o 4 sekundy bliżej. Wiesz to samotna dziewczyno, jak nikt inny. Rozmawiam z tobą, kiedy tak na ciebie patrzę. Mówię do ciebie, a ty słyszysz i odpowiadasz moimi ustami. Dziś w nocy nic się nie zmieni i jutro też rewolucji nie oczekuj. Jeśli rebelia jest w tobie, to jest teraz. Jeśli rebelia jest w tobie, to wybuchnie zaraz.
Samotna dziewczyno, jakże mi twój smutek bliski tego wieczoru...

czwartek, 23 stycznia 2014

Śmiercionośny żywot cz(ł)eka.

- Odejdź stąd, jej czas nie nastał. To ja, nie Ty, decydować będę, kiedy ulecę z jej piersi, po wieczności trwanie. Precz mówię!

- Haha, Ty nigdy się nie zmienisz. Nawet przy szpitalnym łożu, nie zrozumiesz, że oni, Cię nie chcą i odrzucać ciągle zamiar mają. Gardzą Tobą. To ja mam więcej do Ciebie szacunku. To o mnie wciąż prawią, nade mną zaduma ich się unosi. Może i jeden wiersz skapnie na Ciebie, ale szacunek w Twą stronę za gorsz się nie panosi. Zapominają o Tobie, jak o nocy dnia wczorajszego, a przecież prócz Ciebie, nie mają ważniejszego.

- Precz mówię!

- Prawdy nie potrafisz zdzierżyć? Posłuchaj, poddaj się, Ty moje bliźniacze odbicie. Mawiają, że Oni się mnie boją! Ha! Toż to Ciebie bardziej się obawiają, tylko biedactwa w ciemni chadzające, sprawy sobie z tego nie zdają.

- Jam jest wyborem, Ty gościem niechcianym, w tym ma przewaga, w tym jest wygrane.

- Tyś wygrane powiadasz? Kończysz się bracie, w niepamięć odchodzisz, to ja trwać będę, czy wać tego chcecie.

- A cóż powiesz na kochanków w miłości brodzących, czyż wtedy hymnów mi nie śpiewają? Czyż wtedy to i mnie nie kochają? Wołają: "Chwilo trwaj!" - a ja trwać jej pozwalam, póki oddech w nich i puls jak dzwon bije, tak długo ja się staram, przy mnie ich podtrzymać.

- To bzdura jest okrutna, i oczy swe otwórz na prawdę jedyną. Oni Cię kochają, boś jest ich utopiją. Tyś kłamstwem jest i marą, słodyczą tak ulotną, bo im się wciąż zdaje, że nigdy w coś nie kopną! Mnie w kochanka objęciach przeklinają, czemuż się pytam? Łudzą się: "Chwilo trwaj!" – a ja przyjdę, może nie ad hoc, ale może za rok, dekadę, ale będę i przyniosę zagładę. Klną na mnie bom Ja prawdą Świata najprawdziwniejszą, gorzką co łzy wyciska, ale co odważniejszą, osobę, fascyjnującą, w noc zajmującą.

- Więc przemądralko, cóż mam czynić i jak się starać, ich losów k'mnie nie oddalać?

- Nic nie poradzisz, to ich jest natura, kiedy mają wybór, wtedy dają nura. Nie chcą Cię wybierać, bo tak im się zdaje, w przerażeniu leżąc, nic im się nie stanie.

- Ale z nią inaczej, w tym łożu leżącą. Ona Cię dotknęła, po policzku pogładziła. W oczy Twe spojrzała i się przeraziła. Wszystko kątem innym więc zmierzyła. Czuje teraz chętkę na mnie, jakiej nigdy przedtem. Mówię Ci więc precz, nie czas. Przyjdziesz po nas w inny raz.

- Dobrze, kłótni to mi nie przystoi, niechaj będzie podług Twojej woli. Tylko mówię Ci od razu, że zapomni, że wyleci jej z pamięci, jak Cię kocha po miesięcy, kilku trwania. Znowu wróci w narzekania.

- Rozumiem co powiadasz i racji nie odmówię – wszyscy prawie oni, tak mnie marnotrawią. Ale mam nadzieję, nadzieję po wiek wieków, że ona jedna, całej reszty nie zmarnowi.

- Do tego co żeś rzekło, słusznie powiedziałoś, że nadzieje masz trwającą, logice choć przeczącą. Ja do tego, com wyrzekła, że zmarnuje, nie doceni, wartość skarbu jej uleci, ja mam pewność, nie nadzieję. Na Twą prośbę Ci przystanę, mówię dziewce do widzenia, lecz ja przyjdę, ja się zjawię, ukazać jej przy końcu, że głupot nie prawię. I zapłacze, czy to dziś, czy za dekad parę, że zapomniała o Tobie, a wybrała zamrę, mimo że z bliska doświadczyć mnie było jej dane...


Zapraszam do pisania komentarzy, dzielenia się swoimi myślami, przemyśleniami, doświadczeniami. Rozmawiajcie pod postami z ludźmi, którzy myślą podobnie do Was. Skąd wiem, że myślą podobnie? Bo jak Wy, też tu trafili i wciąż wracają.

niedziela, 19 stycznia 2014

Zbyt dużo słów, to zbyt mało treści.

Stuk, stuk – rozległ się głuchy odgłos pukania w stare, nadszarpnięte czasem drzwi Pantego.

- Wejdź chłopcze, czekałem na ciebie.

- Nie przeszkadzam ci? Tak bez zapowiedzi przychodzę, zdając sobie sprawę z braku mej ogłady.

- Hmm...czy przeszkadzasz? Akurat jestem zajęty życiem, a że jesteś jego częścią, jak wszystko co się w ciągu dnia przydarza, to nie, bynajmniej.

Młodzieniec uśmiechnął się i zaczął:
- Drogi przyjacielu, mam nadzieję, że niezbyt długi temat podejmuję, ale spać nie dają memu duchowi myśli w głowię się lęgnące. Bo czy to zakochanie? Czy nie? I co do diaska powinienem wtedy czuć?

- Haha, toż to proste pytanie i łatwa odpowiedź na nie. Usiądź i posłuchaj. Zakochanie to mandarynek stos cały, któreś kupił i którą każdą z kolei oddałbyś dla niej za nic, w jej posiadanie. To kąpiel dzielona, kiedy głowę myjesz jej pianą, spłukujesz, acz uważasz, by piana nie dostała się do oczu wrażliwych, bo gdyby szczypać ją miało, ból czułbyś nieswój, lecz nie mniej prawdziwy. Zakochanie to dumanie jak uszyć dla myśli słowny kubraczek oplatający niewypowiedziane. Ale to i strach. Strach przed nienazwanym. A jednoczas zaczynem braku strachu nieprzebranym. I zakochanie to jej perfumy, jej szczotka do zębów, co nocowała w twoim domu. Jej flakony na lustrze, rozgardiasz w torebce, jej szpilki rzucone i słowa, które przez sen, kiedy obok ciebie leży, szepce. Zakochanie to spoglądanie na nią, kiedy ona nie patrzy. To kubek z kawą. Ale nie kubek byle to jaki. To kubek z kawą przy tobie pity, przez nią, ze smakiem bezspiesznym. To odcisk szminki na papierosowym jest filtrze. To jej pieprzyki i znamie. To twój brak apetytu i insomnia przytulna. To nie ty, ani ona. Nawet nie wami to nazwać by można. To mgła, promień światła, woń, czy wiatr ulotny. Niedotykalne to jest. Zakochanie to gniew na nieproszony poranek, który bezczelnie przypomina o koniecznościach dnia codziennego, tak nieistotnego wczorajszego wieczoru i wczorajszej nocy.

- Pięknie mówisz, ale czym ono jest w swej istotowości? Na głębi niezmierzonym poziomie?

- Com powiedział, tom powiedział. I basta!

Zapraszam do pisania komentarzy, dzielenia się swoimi myślami, przemyśleniami, doświadczeniami. Rozmawiajcie pod postami z ludźmi, którzy myślą podobnie do Was. Skąd wiem, że myślą podobnie? Bo jak Wy, też tu trafili i wciąż wracają.

niedziela, 17 listopada 2013

Dlaczego to się zawsze wypala?

               Wiecie, nikt tego nie zakłada z góry. Liczymy się z tym, że może to wszystko zniknąć, ale w głębi serca mamy nadzieje, że nigdy się to nie skończy. I w istocie tak jest. To nie, że naobiecywałem, że będzie tak cudownie i pięknie i w ogóle pół metra nad ziemią latać będziemy. Ja tak czułem. Nie skłamałem, nie zawiodłem, prawdę mówiłem. A teraz żeby prawdę powiedzieć i nie skłamać, będę musiał zawieść.

               Na początku bez większego uczucia. Jest jak jest – zakocham się z czasem... może, a może nie. Więc czekasz. To już? Jak mam to stwierdzić? Idealna nie jest, ale ideałów nie ma powiadają. Zresztą to, co będzie dla nas ideałem w wieku 20 lat, zmieni się jeszcze kilka razy zanim dociągniemy do siedemdziesiątki. Może nie gra na skrzypcach, może nie lubi głupkowatych komedii, może zbyt kocha porządek – no nic, wszystkiego mieć nie można. Ale za to śmiech ma tak piękny, dziecięcy, spontaniczny! I stopy jak siedzi, przeuroczo układa do środka. I czerwieni się kiedy mówię jej, że jest piękna. To chyba wystarczy, żeby spróbować. Chyba.

     Jest pięknie mamo w liście Ci piszę. Chcę miłości i ją mam! Spędzamy dużo czasu, ona mnie strasznie pociąga. Jak ja ją kocham matulu! Jakby stworzona dla mnie była. Jakby ktoś tam na górze nakreślił ją specjalnie dla mnie! Trzymamy się za ręce, kiedy czekamy na tramwaj. Patrzymy w nocne niebo i robimy zawody - kto szybciej znajdzie mały wóz. Kto przegra, całuje wygranego – tak mamo, chyba jednak nie ma przegranych. Pijemy wódkę ze spritem – ona wina nie lubi. I siada przede mną w moim fotelu. Nogi zawija pod pupę i kładzie ręce ma kolanach. Słuchamy muzyki takiej jak ona i ja lubię. Wyścig do komputera, by włączyć swój kawałek ciągle trwa. Ale kłócimy się też - żeby nie było. O bzdury chodzi. Że za późno przyszedłem, bo ja spóźnialski jestem – sama wiesz. I że nie kupiłem czegoś, a kupić miałem. Ale to nawet kłótnie nie są. Sprzeczki, ot co. A i jak do niej przychodzę przed czasem, to otwiera mi jej koleżanka, bo ona szykuje się w łazience. Nie denerwuję się, bo i czemu? Dla mnie się stroi i póki dla mnie chce ślicznie wyglądać, to wszystko jest w porządku.
A i ugotuje czasem dla mnie. Czyż to nie cudowne, kiedy ktoś dla ciebie zrobi posiłek? I patrzy na mnie czy mi smakuje. A mogłaby nawet przesolić, nie jest żoną bym jej powiedzieć musiał. I upomina mnie, kiedy przeklinam – urocze. A ja jej w odwecie błędy językowe wytykam. Ale i tak się śmiejemy z siebie i razem. I nie pisze do mnie ciągle i nie dzwoni. Ona woli się widywać. Tak jakby rozumiała, że smsy, i telefony to fikcja bycia razem. A może robi tak, bo ja jej to wytłumaczyłem? Nie wiem. No i w secondhandach się ubiera. Jest piękna. I jej perfumy nie są kwiatowe - nie znoszę takich, tylko jakieś inne. Nie wiem jakie ale już zawsze będę miał ją przed oczyma, gdy zapach mandarynek poczuję. Uwielbiam, że o przeszłość mnie nie pyta, a i ja nie mam zamiaru zaglądać w jej pamiętniki. A oczy jej tak wiele chcą powiedzieć, ale usta wiedzą, że mogę wtedy uciec. Ona nic nie musi mówić, wystarczy, że na nią spojrzę. Oczka jej błyszczą, kiedy jest ze mną i mam tylko jedną nadzieję, że i mnie się skrzą, bo chcę żeby wiedziała, że uwielbiam mieć ją u boku.

Ale też pyta od czasu do czasu: "To jak to z nami jest?" A ja nie wiem jak jest i nie chcę wiedzieć. Chyba nie chcę. Bo i po co? Wiem, każdy chce wiedzieć na czym stoi. Ale jeśli ja nie wiem, to ona może też jeszcze poczekać, chyba. I zazdrosna jest. Nie bardzo, ale nie potrzebnie nawet troszkę. Przecież jak będę chciał to...no wiesz mamo sama. I czy nerwy jej pomogą? Nie zastraszy mnie przecież. Myślę, że chłopaka ma. Gdzieś dalej mieszka, bo gdyby tu mieszkał, to by się chyba bała ze mną pokazywać. I jej koleżanki na mnie z wyrzutami patrzą. Czasem ktoś do niej wieczorem dzwoni i całkowicie zmienia się jej ton głosu. Ja nie pytam, bo nie chcę wiedzieć. Jest, jak jest. Może nikogo nie ma. Może. Może jestem na chwilę? Może. Albo ona nie chce w ciemno z kimś zerwać i czeka na mój krok? Go nie będzie chyba. Ja rozkoszuję się zawsze chwilą bieżącą. Przepraszam mamo, ale ona to wie, a i tak ma mi to za złe.

I czasem, nie wiem jak to wyjaśnić, z każdą kobietą tak było, że jak z nią siedzę i tak czasem popatrzę na nią, to tak jakbym na obcą kobietę spojrzał. Brzydka jest, obca – jak nie ona – mimo że jest piękną dziewczyną. I ten obraz zostaje na chwile mi w głowie. Siedzę wtedy bez słowa. Skąd to się bierze? Miałaś tak kiedyś?
Tylko ta jej skromność. Nie ma w niej tej waleczności. Nie ma tego poczucia szczęścia z tego kim jest, co ma, i jak wygląda. Na łóżko się to przekłada. Światło gasić muszę, bo ona się wstydzi. Jakby poczucie winy, obok rozkoszy jej towarzyszyło. Jakby to co dobre, zawsze było złe z natury. Zaczyna być to nudne i irytujące. "Więcej przyjemności, zapomnij o sobie na chwile, daj się ponieść, zrób to na co masz ochotę, zwariuj dla mnie, proszę!" – chciałbym jej to powiedzieć ale wiem, że ona jeszcze bardziej się speszy. Wychowani inaczej chyba byliśmy i tego już nie zmienimy. I dzieci nie chce mieć – oj no wiem mamo, że młoda jest jeszcze – ale ona mówi, że tylko dlatego, bo o figurę się boi. To aż nadto płytki powód, bym mógł go przetrawić. Pewnie zmieni to myślenie, pewnie, może, a jeśli nie?
I zmienić mnie próbuje. Przecież wiedziała z kim się wiąże. Skoro jej odpowiadałem, to jakiż jest teraz problem? Jeśli dam się zmienić, to boję się, że usłyszę, że nie jestem tym, w kim ona się na początku zakochała. A jeśli się nie zmienię, to mogę usłyszeć, że jestem nie do zniesienia. Mamo, nie wiem. Chyba jednak sobą będę. A przynajmniej starać się będę.

Trochę mi się też nudzi. Wiesz, ta sama kobieta cały czas. Nie wiem, może mam taki charakter? Może to nie moja wina? Może ja nie potrafię być z kimś długo? A może nie spotkałem jeszcze kogoś, kto by mi odpowiadał tak bardzo, bym mógł swoją nogę zgiąć? Mam wrażenie, że z nią już nic mnie nie zaskoczy. Powszedniość dnia się wkradła. I co, że tak do końca życia mamy razem kłaść się i wstawać? I śniadania robić w biegu, dzieciaki szykować do szkoły i bezpłciowe buzi na do zobaczenia za dziewięć godzin? Ja nie chce takiego życia. Jeśli to ma być miłość, to nie chcę jej miłości!

               Z czasem zrozumiemy, że od siebie samych nie uciekniemy. Że te same błędy, w kółko powtarzać będziemy. Że za rogiem to samo czekać będzie, tylko trochę więcej zmarszczek temu przybędzie. Żałośnie samotni, z siwymi włosami, ukrycie przed prawdziwym uczuciem schowani. Przepraszam za niezawinione zawinienie. Przepraszam szczerze. A teraz wypisuję się, wysiadam z tej karuzeli. Że na środku autostrady nie mogę? To patrzcie!

wtorek, 5 listopada 2013

Kasztanowa suka.

              Kolejna bezsenna noc chyliła się ku końcowi. Świece już dawno zgasły, a popiół z wypalonych kadzideł czekał na zdmuchnięcie. Noc, która nic nie zmieniła. Noc równie niezaskakująca co pozostałe. Ileż to razy wieczór dawał obietnicę, której ona, przeciwieństwo dnia, nie mogła spełnić. Zbyt późno żeby kłaść się spać i zbyt wcześnie, by trzeźwo myśleć. Ona już wyszła, a niedopałki papierosów wciąż się tliły w popielniczce na pamiątkę jej obecności.

- Mam nerwicę! Człowieku staje się neurotykiem jakimś przez tę kobietę! Ona mnie zabija, powoli, skutecznie, beznamiętnie wykańcza. Ja już nie potrafię. Za wiele razy. Jestem pusty w środku!

- Zamknij się i weź się w garść! - rozległ się głos po drugiej stronie słuchawki. - Jest piąta nad ranem! Po cholerę – ziewnięcie – po cholerę dzwonisz do mnie tak wcześnie – ziewnięcie – jest tak wcześnie. Następnym razem nie odbiorę!

- Ale tylko ty wciąż mnie odbierasz. Tylko ty mi zostałeś. Proszę cię...

- Taaa, zawsze kochany Adam, jak wierny pies. Co znów? Co zaś zrobiła? - głos wstał z łóżka i zaczął przechadzać się po pokoju dla rozjaśnienia umysłu jego użytkownika.

- Była tu. Znów się pokłóciliśmy. Nie wiem czy to moja wina, czy jej. Czy może nasza? Zaczynam myśleć, że do siebie nie pasujemy. Kiedy na nią patrzę, mam wrażenie, że ona...to znaczy wiesz, towarzyszy mi takie uczucie, ona ma taką aurę, jakby wiesz, nienawidziła wszystkich. I ta jej srogość, ona jest strasznie pociągająca. To zło w czystej postaci, a jednak idziesz, lecisz jak ćma, głupia, cholernie głupia ćma. Pijany uczuciem robal.

- Ile wypiłeś?

- Trochę.. i chyba trochę za dużo...

- Przecież miałeś przestać!

- Przestać? Przestanę pić, kiedy nie będę już musiał, a więc po śmierci. Mój przyjaciel nigdy nie zapalił papierosa, nigdy, rozumiesz?! Nigdy! Był najporządniejszym chłopakiem jakiego znałem na osiedlu. Ojciec skatował go i jego matkę na śmierć. Miał siedemnaście lat. Pieprzę ją. Nie boję się jej i tak nie ucieknę. Rozumiesz?! Nie ucieknę, tak ja, ty, czy ta suka Daniel. Ona mnie zresztą wykończy wcześniej niż te gówniane używki. Ona jest rakiem na moim zdrowym organizmie. A ja zamiast wyciąć tego czerniaka, dbam o niego jeszcze bardziej. To tak jakbym podlewał chwasta. W donicy są cudowne, pachnące kwiaty, a ja idiota dbam wyłącznie o tego intruza, ale jakiego pięknego intruza. Zwykłe kwiaty są nudne, wymagają opieki. Chwasty są inspirujące, rozumiesz? Inspirujące. Może ci których najtrudniej kochać, najbardziej tej miłości potrzebują? Nie wiem już sam. Dzisiaj jej powiedziałem żeby spakowała wszystkie swoje rzeczy i wypieprzała. Wiesz co zrobiła?

- I po to dzwonisz?

- Słuchaj! Wzięła walizkę i zaczęła do niej wkładać swoje rzeczy. Te wszystkie ubrania, buty, te jej czarne majtki i staniki. Nie wyobrażam sobie żeby jej nie było więc wyrwałem jej to pudło i rzuciłem o ścianę! Rozumiesz? Boże jak ją kocham...miałem ochotę no wiesz... To tak jakby świat został stworzony tylko dla mnie i dla niej. Nikogo innego. Tak jakby ona była wielkim wybuchem i apokalipsą. Wszystko co robię, robię w ostatecznym rozrachunku dla niej. Tylko dla niej. A ona dobrze o tym wie, bo jakby miała nie wiedzieć, prawda?

- No...

- Czasem mam wrażenie jakbym trzymał w dłoni bilet do nieba. Wiesz, jakby krok mnie dzielił od szczęścia. Jakby wszystko już było gotowe, tylko się wprowadzić z nią i żyć. Ale po chwili dostrzegam, że to wszystko jest snem. Z czasem coraz krócej to trwa. Dostajesz w pysk świadomością, której wiesz, że nie zdołasz udźwignąć. Raj, w którym zamiast złotych potoków płynie rzeka smoły. Czy ja zrobiłem coś źle? Powiedź mi, czy ze mną jest coś nie tak? Przecież miłości nie ma, więc jakim cudem? Co mnie trzyma przy niej? Człowieku, nie potrafię z nią żyć, ale bez niej było by jeszcze gorzej. Ostatnio, kiedy brałem kąpiel pomyślałem jakby to było zanurzyć się na chwilę dłużej. Później znów na dłuższy czas, i tak dalej, aż piana w tej głupiej wannie całkowicie by mnie połknęła. Ale ta głupia wanna była brudna. Wiesz jaki wstyd przed personelem medycznym?! W brudnej wannie? Jakiś brudas by pomyśleli! Brudas się zabił, bo co? Bo miał syf w domu? I od tego czasu nie myje tej pieprzonej wanny, to mnie trzyma z dala od tych pomysłów.

- Czy ciebie już do reszty popieprzyło? Człowieku nie możesz tak żyć! Dzwonisz do mnie po nocach. Przestałeś normalnie jeść, nie pamiętam, kiedy ostatni raz mówiliśmy o czymś innym niż o tym twoim chorym związeku. Weź się w garść! Ona cię zdradziła! Nic tego nie zmieni! Możesz się z nią rozstać albo zapomnieć, inaczej wyniszczysz się! To cię zabije...

- I co z tego? Też ją zdradzałem, ona o tym wie – te jej cholerne koleżanki – nie wiem po co to mówią, by przebić bańkę szczęścia przyjaciółce? Z zazdrości, żeby innej nie było zbyt dobrze. Ale nie o to chodzi! Albo o to?! Stary nie wiem, ja nic już nie rozumiem. Nie rozumiem siebie, jej. Nie rozumiem całego tego...związku? Nawet nie wiem jak to nazwać. Czy kłótnie przerywane pieprzeniem się można nazwać jakimś związkiem? Rodzice się cieszą, że kogoś mam, słodka ich nieświadomość. Te jej papierosy! Nienawidziłem jak kobieta pali, ale ona to zupełnie coś innego. Tak jakby cała jej zmysłowość i kobiecość zamykała się w zaciągnięciu się i wypuszczaniu dymu. Te jej chude palce oplatające papierosa. Te jej skrzące się czerwienią paznokcie. Ona ma piękne palce, wiesz? I pali tak siedząc na skraju łóżka, kiedy jest już po wszystkim. Naga. Tylko papieros w dłoni. Bez żadnego wstydu, bez udawania, że jest kimś więcej niż człowiekiem. I te jej kasztanowe włosy, których nigdy nie farbowała. Ona, papieros, porozrzucane ubrania wokół łóżka i te cholernie pięknie kasztanowe włosy...suka jedna. Mówiłem ci już, że ona tu dziś była?

- Mówiłeś coś o walizce – ziewnięcie – że się pakowała, czy coś..

- No właśnie. Zasrana malarka. Myśli, że jest artystką. Jest gównem, a nie artystką. Chociaż maluje cudownie, i wiesz, ja już nie wiem, sił mi brakuje. Była tu, pachniała facetem, to się czuje, pachniała seksem. Świeżo uprawianym seksem i miała czelność tu przyjść. Nawet nie próbowała kłamać! Dziwka! I ona, na litość jak ja ją kocham, i ona powiedziała, że chce wszystko odbudować, że chce żeby wszystko było po staremu. Ale jak?! Jak ma być, tak jak kiedyś? To znaczy powiedziałem jej, wykrzyczałem, że nie chcę tego. A przecież ja ją kocham, i ciągle o tym myślałem, a jednak powiedziałem jej, że nie chcę, a chciałem powiedzieć inaczej. Że chce, że ją kocham, że umieram dla niej. Że ona śni mi się w nocy, że widzę ją w twarzach innych ludzi, że słyszę jej głos w pustym pokoju. Że chce jej obrazy w całym domu. Że chce by jej porozrzucane ubrania leżały w każdym zakątku tego mieszkania. By jej naczynia, brudne, leżały w zlewozmywaku tylko dlatego żeby mi przypominały, że ona ciągle tu jest. Ale ja...ale ja nie potrafię jej tego powiedzieć, wtedy bym przegrał...

- Tak jakbyś teraz wygrywał. Czy ty nie widzisz, że to do niczego nie prowadzi?!

- To nie jest taka kobieta...

- To jaka jest do cholery? Inna? Wszystkie są takie same!

- Zamknij się! Gówno o niej wiesz! Może te twoje są takie same, ona jest wyjątkowa! Nie mów tak, przepraszam, ale ona, wiesz, jej nie możesz mówić takich rzeczy, bo ona traci zainteresowanie, ja już to zauważyłem. Kobiety, które doświadczyły czegoś takiego w młodości mają problemy z bliskością w dorosłym życiu. To bardzo trudne do przezwyciężenia...

- Nie zwalaj ciągle winy na to, że była molestowana! Człowieku, ona jest dorosła i decyduje sama.

- Ja wiem, ja to rozumiem ale...ale..

- Halo? Jesteś tam? Halo!?

- Ktoś puka. Czekaj to może być ona! Fuck! Może to rzeczywiście ona!?

- Nie otwieraj! Daj sobie z nią spokój! Słyszysz? Halo?! Jesteś tam?! Halo?..

Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania, udostępniania na fb,  lajkowania. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej przyjemności. Pozdrawiam Damian P.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Nie jesteśmy jak inni.

Nie jestem jak inni, powtarzam namiętnie,
Jestem wyjątkiem, żyjącym przeciętnie

Biologia ma wtórna, umysł jedyny,
Ot zjadacz chleba, żadne wyżyny

Żyć szaro trzeba, odstawać się boję,
Przed wielkim skokiem, włos łamie na troje

Czekam na koniec, losu przebrzydłego,
Chciałbym ja w końcu, decydować za niego

Jestem kim chcesz, abym się stał,
W dzień w mojej pracy, a w nocy bym spał

Nie mówił zbyt głośno, nie śmiał się wcale,
Bym się nie garbił, wyglądał zadbale

I poglądy miał, które nie odstają,
Jak te ślepe owce, co zdania nie mają

Idąc bezimiennie, w tłumie zgubiony,
Jakby mnie nie było, jak nienarodzony

Gwiezdnym pyłem jestem, kosmosu tym przypadkiem,
Sumą swych przerażeń, odwagi ukradkiem

Swym wrogiem i twórcą, łaskawcą i katem,
Demonem, aniołem, swą siostrą i bratem

Powstaję i padam, ciężarem zmożony,
Czasem lekko płynę, nie jestem strudzony

Minuta za minutą, tak szybko to mija,
Wkrótce dojrzymy, że życie to chwila

Kiedym był mały, zbyt niedojrzały,
Kiedym już dorósł, jestem za stary

Wszystko jest szybsze, wciąż mnie omija,
Ja nie nadążam, to mnie zabija

Ostracyzm mnie czeka, bo nie chce tam zmierzać,
Nie chce ich słuchać, nie chce powielać

Bo tam określa, co nic nie jest warte,
W mej małej wojnie, idę w zaparte

Otwieram klatkę, bym w drugą złapany,
Ciąg udawania, jest nieubłagany

Nadzieje są wielkie, tylko sił brakuje,
Dlaczego strach, ni szczęście, on nas motywuje

Wyjeżdżam na wojnę, nieme liczyć trupy,
W mym rdzennym kraju, brawo biją tłumy

Bom ratuje światek, tak im się wydaje,
Tęskniąc za rodziną, depczę dzieci małe

Jedna tylko wojna, wojna z samym sobą,
Nikt ci nie pomoże, bo nikt nie jest tobą

Znów miłości pragniesz, tylko na nią czekasz,
Kiedy się pojawi, toteż znowu zwlekasz

Wykrzycz moje imię, mimo twego strachu,
Weź rozczarowanie, dodaj życiu smaku

Bo twe stopy bose, blizny tak kuszące,
Nadzieja na przyszłość, spojrzenie tonące

Nawet gdy wszystko, w zgliszczach spalone,
I tak było warto, tak przeznaczone

Bo zważ na jedną stałą, nic tu nie jest twoje,
Wszystko wypożyczasz, o co toczysz boje?

Życie, praca, dzieci, smutki i uciechy,
Każde zniknie szybciej, każde gdzieś ucieknie

Nie kończąc zaczynam, od nowa próbuję,
A jednak sens życia, wciąż ulatuje

Jestem kim Ja chciałem, czy to Ja wybrałem?
Czasem w nocy czuję, że nie żyję wcale

Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania, udostępniania na fb,  lajkowania. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej przyjemności. Pozdrawiam

piątek, 14 czerwca 2013

Wyprowadzony w nie-las.

               Że tak powiem…Natura. Obudziłeś się przy pustym kubku kawy bezkofeinowej? A może nawet nie zasnąłeś? Puściłeś swą ulubioną muzykę? Wiesz, post rock bez wokalu w stylu Lowercase Noises; a może szwedzkich szaleńców z Teddybears STHML; albo starych Guns’ów z Axel’em i Slash’em? Kiedy ktoś mówi, że słucha wszystkiego, to trafia Cię szlak? Cóż za ignorancja…niezaprzeczalnie. Zrobiłeś na śniadanie, to co zwykle jadasz? Tak jakby kanapki albo płatki miały moc. Kiedy jadłeś naleśniki, a kiedy odgrzewaną pizze z wczoraj? Odwiedziłeś już 5 stron internetowych, które zawsze odwiedzasz…nie więcej, prawda? Tylko 5 ich jest – niezbyt mało, niezbyt dużo, ale władają Twoim gustem. Obudziłeś się już? No wstań! Z łóżka? Nie, nie o to mi chodziło…

               Twarz swą trzymam przy okiennym szkle odgradzającym mnie od Niej. Na wyciągnięcie ręki, a i tak szmat drogi. Może dlatego, że zawsze dostępna, tak niedoceniana. Zawsze mogę to zrobić…zawsze. I tak tracimy pożegnania, zakochanie, tak czas leci i nic się nie zmienia…od lat. Czy słyszysz śpiew ptaków? Na pewno słyszysz. Czy zapominasz wtedy o świecie, a przypominasz sobie o Świecie? Widząc ptaki, które nie znają dni tygodnia, nie mające zegarka, którym przyroda mówi czy właściwy czas, zazdrościsz im? One się rodzą i umierają. Nie umierają w niedziele, środę albo poniedziałek tak jak my. Ich po prostu nie ma po tym jak przez chwile zaistniały. Chcę Świata bez miar i liczb; cyferek i statystyk; powagi i rozwagi. Czy to nie dziwne nie być dziwnym?

              A kiedy pod stopami miałeś ziemie i gałęzie? Nie beton bezduszny - dzieło człowieka. Kiedy byłeś sam ze sobą w lesie…sam ze swoimi myślami? Kiedy ostatnio widziałeś korę drzew, krzaki, komary siadające Ci na przedramieniach? A Słońce jest tam dla Ciebie każdego dnia, tylko czeka aby ukradkiem przedrzeć się przez korony dębów i musnąć Cię w twarz jakby na powitanie. Idź i zadaj sobie pytanie czy stworzył to przypadek, czy ktoś się kiedyś w To bawił. Wyrób sobie zdanie o ciszy w lesie, o ciszy, która ciszą wcale nie jest. Tyle dźwięków: śpiew ptaków, brzęczenie owadów, szum konarów odzianych w liście i ten oddech, oddech tego miejsca. Mimo tego przepychu zawsze mówimy, że w lesie panuje cisza…słusznie mówimy, bo cisza uspokaja spokojnego, a drażni wzburzonego, natomiast cisza należąca do lasu zasypia w Tobie, razem z Tobą. Dźwięczna cisza. Czy dostrzegasz harmonię i doskonałość tego miejsca, czy w moim opisie widzisz tylko sentymentalizm? Oh zaprawdę długo tam nie gościłeś…a tak często mówisz, że Ci się nudzi.  

               Czy widzisz wiatr? Ja czasem widzę. Widzę go we włosach kobiet i dziewczyn. Widzę go w polach syto obsianych, a teraz gotowych do zbiorów, i uczty później. W pyłkach roślin go widzę i w piasku, który grzęźnie w ustach. Gonić za wiatrem to niedorzeczność. Gonić z wiatrem to wolność. Kiedy szedłeś i nie patrzyłeś pod nogi? Kiedy w drodze zapomniałeś o celu i zobaczyłeś uliczkę, którą zmierzasz i płoty, które mijasz? Kiedy odpłynąłeś nad widokiem kwiatu? Wiesz o tym, że każde Twoje spojrzenie jest dziełem twórczym? Bowiem już nigdy krajobraz, który przytuliłeś wzrokiem nie będzie taki sam, bo choćby to źdźbło trawy inaczej ułoży Ona, a i inni w tym samym momencie widzą go zgoła inaczej, bo kąt inny ot co.

               Kiedy uciekałeś przed deszczem, a kiedy miałeś ochotę zmoknąć? Deszcz pada, idziesz wolniej; wciąż pada, Ty zwalniasz; on wciąż leci z chmur, a Ty odsłaniasz siebie spod parasola i czujesz na sobie krople, które przemierzyły tysiące kilometrów. Czemu tego nie robisz, a myślisz tylko o tym, by nie zmoknąć? Czemu tego nie robisz, a tylko zazdrościsz bohaterom książek, że tak czynią? Może pada na Ciebie woda, która płynęła w Eufracie, a dla Ciebie to tylko deszcz, a przecież właśnie odwiedzasz Egipt. Ta woda jest czysta, bo brud zostawia tu, na ziemi, a tam idzie tylko para, czego się więc lękasz? A kałuże omijasz, czy w nie wskakujesz? No wskocz że i poczuj się jak wtedy. Nie ma mamy, która okrzyczy więc co stoi na przeszkodzie? A tak… inni ludzie…no i buty mokre…

               Zamieszkaj na najwyższym piętrze na jakim możesz. Zamieszkaj tam, a będzie Ci dane oglądać koniec Świata co dnia. Będzie Ci dane odgadnąć wszystkie odcienie pomarańczu, żółci, różu i błękitu. Zostaw to co robisz i podejdź no że do okna na sekundę, a obietnica ma taka, że zostaniesz przy nim dłużej. Nie oderwiesz się od piękna jeśli choć gram w Tobie pozostał Tego, z czym tu przyszedłeś. Rozmarz się, doceń to, że Ona daje Ci przedstawienie co dnia, nic nie chcąc w zamian. Kula ognia z jej wybuchami i plamami gdyby tylko centymetr była bliżej to i Ciebie i mnie by nie było, a z oceanów nic prócz pustych, nieprzebranych kanionów powietrzem wypełnionych. Zachód daje nadzieje, wschód obietnicę.    

              Rzuć okiem w niebo. Rzuć okiem na nie. Kształty namalowane przez wiry, a jakby uduchowiony je kreślił. Złap się na zapomnieniu. „Tu, teraz, żyję”. W Niej jest wszystko tak, jak powinno być. Nie za wiele i nie nazbyt mało. Gwiazdy jak boskie miasta widziane z kosmosu. A dlaczego galaktyki są tak piękne? Nie wiem…ale przecież mogłyby być nijakie, a nawet brzydkie, a jednak zapierają dech. Patrz wzrokiem twórczym, a nie chciwym. Nie zabieraj jej na własność w swe strony, bo ona należy tak samo do Ciebie i do innych, jak Ty i inni do Niej. Jeśli stoisz nad brzegiem morza i paraliżuje Cię jego bezmiar piękna, to zaiste potrafisz kochać najmniejszego.

               Człowiek jest tak głupi, że kupuje obraz. Obraz maluje dla siebie samego artysta, a rzemieślnik czeka na brawa. Obrazy piękna Świata i każe sobie za niego płacić. I ludzie go zaiste kupują zamiast otworzyć okno. Zamiast zniszczyć kłódkę i powiedzieć: „Zaraz wracam” i wyjść tam gdzie najbliżej, a tak daleko zarazem; tam gdzie najciekawiej, a najnudniej zdaniem innych; tam gdzie wystarczy patrzeć, a zrozumienie przyjdzie samo. Nie do kokonów nas przeznaczono. Przejściowość jego tylko uzmysławia, że to nie w nim masz umrzeć. Kokon uzmysławia, że jesteś przeznaczony dla Niej. Kokon jeśli się z niego nie wykluwasz jest więzieniem…
Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania, udostępniania na fb,  lajkowania. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej frajdy. Pozdrawiam  

środa, 15 maja 2013

Niezrozumiane zranienie.


- Co Cię sprowadza w me ubogie progi?

- Znów zraniony zostałem przez Świat i temu przychodzę.

- Świat Cię zranił powiadasz? Haha, czyli i mój stół i liść z drzewa sandałowego i cynamon w Twojej kuchni Cię zranił? – Pante nie mógł powstrzymać się od tego dziwnego pytania, zadawanego z wyraźnym uśmiechem na twarzy.

- Oj przestań, przecież wiesz o co chodzi.

- Zacznij więc wyrażać się precyzyjnie. Precyzji wam brakuje i w czynach i w wypowiedziach. „Chcę zmienić Świat” powiadacie. „Świat mnie zranił” rzeczecie. „Uciec od Świata mym zamiarem”. Powiesz, że może i prawdą jest to co mówię, od razu dodając, że to nie jednak wina Świata, a ludzi. Haha, zimno chłopcze, bardzo zimno. To nie ludzie nas krzywdzą, bo czymże ja dla przykładu zawiniłem, kiedy łzy roni kobieta zraniona przez męża? Tak jak, nie każda roślina jest lekiem, tak nie każdy człowiek jest winny Twoich łez.

- Zatem imienia mam użyć, kiedy o przyczynie swojego smutku mówię?

- Błąd, ale cieplej.

- O co więc chodzi? – padło pytanie

- Podaj imię, któremu swą obecną udrękę przypisujesz…

- Nikela, ma przyjaciółka. To za jej sprawą gorycz czuję.

- Nikela, toż jej uśmiech na pewno Cię zranił. Jej słowa otuchy, kiedy głodny owych słów byłeś. Zgadza się? – Pante spojrzał przenikliwie na młodzieńca.

- Nie, nie, nie! – oburzył się młodzieniec – Powiedz, o co Ci chodzi, bo gubię się w tym wszystkim.  

- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. Więc to nie Świat, ni ludzie, ni Nikela, a nawet jej słowa i gest Cię nie mogły zranić. Tym co jest przyczyną…

- Mów, słucham Cię

- Powiem Ci następnym razem. Przyniesiesz liście białej, hebrajskiej herbaty. Ja ją zaparzę i wtedy powiem Ci, bo dziś musisz usłyszeć coś innego, boś gotów nie jest na więcej.

Chłopak skinął głową w geście zrozumienia, mimo niedosytu.

- Więc pozwól mi się zatrzymać na tym co usłyszałeś i co uczyniła Ci Twoja przyjaciółka.
Kiedyś pewien liść chciał oderwać się od drzewa, tak długo na to czekał. Nie chciał wisieć tak wysoko nad wszystkimi. Nie chciał być jednym z setek wielu, a chciał być jedyny w swoim rodzaju. Wiosna, lato minęło, a liść cierpliwie czekał na jesień, co by pożegnać się z drzewem. Liść bowiem wiedział, że wiszenie na gałęzi nie da mu szczęścia. Kiedy nastał wrzesień, przyszedł mu z pomocą wiatr i dmuchną silniej niż zwykłe, by liść mógł znaleźć szczęście w Świecie. Kiedy liść zerwał się z gałęzi, zaczął szybować pod samym Słońcem, które zawsze tak pięknie świeciło. Lecz im był bliżej niego, tym było cieplej i niebezpieczniej. Zaczął zwiedzać chmury, które kiedyś podziwiał, a które z bliska były tylko nieokazałą mgiełką pary wodnej. Liść szybował zawzięcie. Opadł jednak na ziemie i zderzył się z piaskiem.
-„Kim jesteś” zapytał liść.
-„Jam jest piasek. To ja wypełniam sporą część tego Świata. A Ty jesteś zapewne liściem z drzewa naobi, które rośnie samotnie, nieopodal”.
-„Tak, to jestem ja. Urwałem się z niego, by znaleźć szczęście w szybowaniu, ale…ale ciężko jest je znaleźć i muszę, jak mi się zdaje, szukać go dalej”.
-„Szczęście powiadasz?” – rzekł piasek. „Ja o szczęściu zapomniałem już dawno temu. Marzyłem bowiem o tym, bym wrócił z powrotem, tam, gdzie było moje miejsce, do oceanu. Piasek bowiem z niego się wywodzi. Ale ocean jest daleko stąd, czasem go widzę ale nie jestem lekkim liściem i nie zdołam do niego dotrzeć. Tu bowiem tylko mnie depczą”
Wtem wiatr znów przyszedł z pomocą i zawiał mocniej niż zwykle. Dmuchał z całych sił, aż powstała burza piaskowa. Część z niego uniosła się na wysokość jakiej nigdy nie doświadczył, aż w końcu wpadł do oceanu. Najpierw na jego taflę, która była o wiele zimniejsza niż rozpalony ląd, ale piasek o tym nie wiedział, bo i skąd. Powoli zaczął więc opadać na dno, tam gdzie było jego miejsce, ale i tu zaskoczył go widok wcale niekrystalicznie czystej wody, jaka wydawała się z daleka. „A więc o tym marzyłem”- pomyślał i opadł na rafę koralową nie bardziej szczęśliwy niż zwykle.
-„Kim Ty jesteś” – zapytał spostrzeżoną rafę.
-„Jam jest rafą koralową, a Ty zapewne piskiem, czyż się nie mylę?” – odpowiedziała dumnie.
-„Zgadza się” – odpowiedział piasek.
-„Sprowadza Cię tu szczęście, prawda?”
-„Skąd to wiesz?”- zdziwił się.
-„Za długo tu jestem, bym tego nie wiedziała. I co, jesteś nader szczęśliwszy niż byłeś?”
-„Czy ja wiem, jest inaczej, inaczej niż zwykle”.
-„Ja jestem tu od niezliczonej ilości lat i widziałam już wiele. Ryby niewiernie urządzały sobie ze mnie domy, których nawet nie sprzątały, albo siliły się mną jako pożywieniem, a przecież ja jestem taka piękna. Statki zahaczały o mnie i przykro mi było rysować ich dna. Zaczęłam więc poszukiwać szczęścia, ale jak mi opowiedział kiedyś inny piasek, wiatr mi nie może przybyć z pomocą, więc zostałam tutaj. Lata mijały, a ja stawałam się coraz większa i piękniejsza. Pewnego dnia, kiedy ryby zaczęły we mnie pomieszkiwać z coraz większą ochotą, przestało mi to przeszkadzać, dawałam im bowiem bezpieczeństwo i mogłam ich piękno z bliska oglądać. Kiedy statek zahaczał o mnie, marynarze byli i tak szczęśliwi, że mnie odkryli i wtedy zdałam sobie sprawę z tego, iż to moje przeznaczenie i że…jestem szczęśliwa? Nikt bowiem, czy to ryby, czy piękne glony, czy piasek, a nawet zabłąkany liść, który gości tu nader rzadko, nie podał definicji szczęścia. Ja pogodziłam się ze swoim losem. Spotkałem tu wszystko i wszystkich, jeden szukał tego, od czego uciekał drugi i odwrotnie. Widzisz, mogłam być szczęśliwa od zawsze, ale inaczej patrzyłam na to, co mi się przytrafiało. Masz całą wieczność na zrozumienie tych słów, będziesz bowiem istniał wiecznie. Gorzej z marynarzami, oni bowiem muszą się spieszyć, a nie dostrzegają, że to czego poszukują to nie szczęście, a…"

Nagle prąd oceanu porwał piasek z dala od rafy i już nigdy się nie spotkali.

- Szczęście i smutek to strony tego samego medalu – kontynuował Pante. Smutek nosisz w sobie tylko wtedy, kiedy patrzysz na niego jak na smutek. Tak samo, jak szczęście nosisz w sobie tylko, kiedy patrzysz na nie jak na szczęście. To Ty bowiem nazywasz ten Świat, niech więc Ci służy, a nie ciąży. Słowa, któreś usłyszał z jej ust, i czyny, których doświadczyłeś, to tylko składniki, które składają się na osobę, nie definiuj zatem osoby przez pryzmat tylko jednego zdania. I nie bierz nic do serca, bowiem z serca można tylko dawać… 
Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania, udostępniania na fb,  lajkowania. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej frajdy. Pozdrawiam 


wtorek, 9 kwietnia 2013

Czy dostrzegasz klatkę?


- Pante, gdzie jest magia tego Świata? Czy moje oczy zbyt ślepe, by światło w mroku zdolne były dostrzec?

- Magią jesteś Ty…

- Ta odpowiedz taka słaba, niepodparta.

- Kiedy magią jesteś Ty.

- Skoro magią jestem ja powiadasz, to czemu ból czuje, smutek mi doskwiera i osamotnienie nawiedza?

- Bo nie dostrzegasz, że magią jesteś Ty. Ale powiedzmy, że niczym więcej niż to ciało i te gesty, i że niczym więcej niż wspomnienia i marzenia Twe, i że tym co masz i co straciłeś i mieć będziesz jesteś, lepiej Ci? Wtedy jak ta szafa na ubrania, piękna z zewnątrz, stara i dostojna, ale pusta w środku, wypełnienia jej brak. Więc adoptujesz ją, by odzieniem wypełnić jej pustkę. Ale sweter ma to do siebie, że raz w szafie jest, a raz na Tobie, a inne leżą bezużytecznie, czekając na Ciebie, by Tobie się przysłużyć, a nie drewnianemu schowkowi.
Ty jesteś jak ta szafa, taka zależna od tego, co do niej kto włoży. Możesz być wypełniony, a wciąż mieścić chcesz więcej. To się nigdy nie kończy. Biedak, jeśli nic nie ma, ale targają nim żądze bogactwa, niczym innym nie jest, jak bogaczem, drżącym o swoje bogactwo.

- Czym więc są ubrania dla mnie? To znaczy dla niej.

- Widzisz, wspomniałeś o bólu, a ból rodzi się w Tobie, nie w uderzeniu kija. Wspomniałeś o smutku, a smutne nic nie jest samo w sobie, to Ty nazywasz rzeczy smutnymi. Wspomniałeś o osamotnieniu, a ono nie jest spowodowane brakiem kogoś, tylko tym, że nie podoba Ci się to, że tego kogoś nie ma – Pante podniósł starą gałąź i uderzył mocno chłopaka w głowę.

- Ała! Czemuś to uczynił?

- Za lekko uderzyłem, przepraszam. Widzisz, amnezja chłopcze.

- Jaka amnezja? – padło pytanie z ust głowy z guzem.

- Kiedy uderzyłbym Cię wystarczająco mocno, straciłbyś na chwilę pamięć i byś zrozumiał. Twoja żona, obcą by się stała, dzieci zwykłymi dziećmi, a Twój dom stertą cegieł należącą do kogoś. Widzisz, wszystko jest w Twojej głowie. Nie bądź więc jak płatek śniegu, którego lot dyktuje wiatr, bowiem wiatr ma to do siebie, że jego podmuch jest dziełem przypadku. Chcesz zatem, by to wiatr dyktował Ci Ciebie?

- Oczywiście, że nie, ale czy to, że zapomnę kim jest moja żona, uszczęśliwi mnie?

- Zrozum jedno. Płaczecie na pogrzebach, a cieszycie się na weselach. A odwrotnie być powinno. Wesele jest początkiem końca, a pogrzeb końcem będącym początkiem.
Słuchaj więc uważnie…
Kiedy kochasz jedną osobę, to jej pożądasz. Miłością bowiem nazywacie coś, co miłością nie jest. Tęsknotę, podniecenie, przywiązanie, uczciwość miłością nazywacie. A miłość jest jedna, uniwersalna. Kiedy bierzesz żonę do domu, a ona za męża Cię w swą izbę wprowadza, to poza sobą nic nie macie. A uczucia, które wy błędnie miłością zwiecie, mają to do siebie, że lubią się rozmywać – podnosząc palec ku górze, wskazał na chmury.

- A co z pogrzebem? To przecież o łzy przyprawiające jest pożegnanie.

- Powiedziałem, że to początek i tak w istocie jest. Nie masz bowiem nic, nie pożądasz, nie pragniesz, nie zmuszasz, nie musisz zatem kłamać, kraść, zazdrościć. Jesteś wolny, całkiem wolny. I wtedy przychodzi miłość, bo ona Ci tylko pozostała. Widzisz piękno wszystkiego, ale nic nie chcesz mieć na wyłączność, bo wiesz już, że nic do Ciebie nie należy. Oddałeś już co myślałeś, że było Twoje – Pante znów trzepnął chłopaka patykiem w głowę.

Chłopak się roześmiał – Zaczynam rozumieć. Tym bólem nie jestem, ani tym zadrapaniem.
Amnezja to śmierć żądzy, przez chwilę niczego nie potrzebuje, bo nie wiem jeszcze czego mi trzeba, przez chwilę jestem…

-…wolny. Tak. Jak ptak. Widzisz, kiedy nie będzie w Twojej szafie ubrań, będziesz szafą samą w sobie. Nie ubrania będą o Tobie świadczyć, nie buty i szale, które się w niej znajdują, a które tak pieczołowicie zbierałeś. A odzienie, które do niej wkładasz, jest tym wszystkim złym i dobrym z zewnątrz. Emocjami, które ludzie, raz świadomie, innym razem nie, wkładają do Ciebie. A Ty tańczysz w rytm muzyki z głośników, a nie w rytm bicia Twego serca.
Kiedy stracisz wszystko zrozumiesz, że nie musisz pracować w pracy której nie nawiedzisz, by kupować rzeczy, których potrzeba posiadania została Ci wmówiona, żeby chwalić się przed ludźmi, których i tak nie lubisz. Zostanie miłość. Ta prawdziwa. Ona bowiem odnosi się do wszystkiego i wszystkich. Nikogo nie pomija. Żonę swą wtedy kochać będziesz jak sąsiada.

- Ale czy trzeba umrzeć by to zrozumieć? – padło pytanie.

- Widzisz, jesz mięso zwierząt i muchę packą zabijasz. A ja pytam, Ty im dałeś życie, by im je zabierać. Ludzie mówią: "Będę jeść mięso, bo mi smakuje". Zatem gwałciciel może gwałcić, bo też sprawia mu to przyjemność? "Muchę zabiję, bo brzęczeniem swym życie mi uprzykrza", więc wroga, który nogę Ci podłożył, też zabić raczysz? W jednym i drugim przypadku cierpienia jest bez miary. Tylko, że kobieta nie jest niema, jak ta krowa, której zabierane jest jej ciele na pożarcie. Zabierz matce dziecko, a zobaczysz co czuje, każda żyjąca istota na Ziemi. Psa swego kochasz i płaczesz, kiedy odejdzie, ale na Twym talerzu więcej zbrodni miało miejsca niż Ci się wydaje, a Twoja packa narzędziem tortur…kacie.
Tym jest więc miłość, kochaniem wszystkich i wszystkiego.

- To bardzo ciężkie...

- To prawda, dla ociemniałego to ciężkie. Ale jeśli zrozumiesz, zobaczysz magię.
To Ty jesteś w swojej głowie i to Ty interpretujesz wszystko, co wokół Ciebie zachodzi. Nie płacz, kiedy inni ronią łzy, a Ty czujesz inaczej. Nie śmiej się, kiedy inni z powodu dobrego humoru zataczają się jak pijani, kiedy Ty powagę i podniosłość chwili masz w sobie. Kiedy ktoś mówi, „Nienawidzę Cię” – nie pozwól, by echem te słowa więcej niż sekundę w Tobie pobrzmiewały. Kiedy ktoś Cię chwali, podziękuj, ale nie przywiązuj do pochwały uwagi, bo czy jeśli ona zniknie, to przestaniesz robić to, za co chwalony byłeś?
Kiedy uwolnisz się od nie swojego spojrzenia na Świat…magia przyjdzie sama i poczujesz ją w sobie…
Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania, udostępniania na fb, lajkowania. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej przyjemności. Pozdrawiam Damian P

piątek, 1 marca 2013

Tylko tej młodości jakoś szkoda...


               Tylko młodość mam - zdawało mi się. Ze mną stąpała, kiedy wszyscy inni w biegu, w którym ja nie chciałem – nie dlatego, że bolała noga, ale bo wiedziałem, że może zacząć.
Młodość naobiecywała mi nazbyt wiele niemożliwego. Wspominała coś, a to o byciu szczęśliwym przez całe życie, nawet kiedy ona się schowa za kartami kalendarza, a to o tym, że nigdy nie jest na nic za późno. A jest. Czasami po prostu jest za późno. Bo o ile usta chcą wypowiedzieć brzmiące słowa, a to miłością, a to przeprosinami, wcześniejszą bezmyślnością, to uszu, które ze słów pożytek by uczyniły, już nie ma. Może i by chciały nastawić się, by pobrodzić i kiwane głową zrozumienie wyszeptać, ale nie mogą, bo uszy uschły i odpadły, leżą przykryte tym co z nich wyrośnie, albo hulają mi przed nosem, bo ktoś, rozsypał je nad taflą. I co? Co mam zrobić? Idź spać…

               Młodości mi żal. Za tym co się z nią wiąże popłakuję. Za mało razy boso po śniegu chodziłem. Za często na wiosnę w butach maszerowałem, oddzielając się od ziemi, jakbym czym innym był od niej. Na karuzelach, tych z miasteczek budowanych dziecięcym entuzjazmem, za mało jeździłem, a za często tym wyrosłych na codziennej prozie dawałem się porywać. Waty cukrowej za mało zjadłem, bo brzuch miał mnie boleć? Bolał i tak, a bolał i tak. A teraz za smakiem ryżu z jabłkiem tęsknię. I wiem, że wcale za ryżem nie ronię łzy, a za matczyną miłością w kuchni, która go przyrządzała – nie po to żebym coś zjadł, ale bo chciała go zrobić dla mnie. I dlatego smak jego do dziś w pamięci, mimo iż nigdy smaku jego nie zaznam. Bo trzeba strzepać popiół z ramion i iść dalej. Ale obejrzyj się. Nie słuchaj tych, którzy mówią aby się nie oglądać, bo oni tylko źle patrzają. Gdy jednak na Ciebie żadna z bestii złych się nie czai, to odwróć głowę, na chwilę, na spojrzenie jedno, byś wiedział skąd jesteś i dlaczego takim jesteś. A później zaśnij…

               Oh głupia młodości ile Cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto Cię utracił.
Młodość to stan ducha mówią jedni, a ja patrzam w lustro i twarz ma niemłoda, a i dusza jakaś doroślejsza.
Zmarszczki patrzają mi prosto w oczy i rzeczą: „Tu się śmiałeś, a tu byłeś smutny, pamiętasz? Marszczyłeś czoło, a po co? Marszczyłeś brwi, a po jaki skutek… było żyć”.
Ale czy to nie życie było? Reguł mi jego nie dano to i sam szukałem i czy znalazłem? Dziś wiem, że tak, i wiem że Ty nigdy nie znajdziesz. Ale Ty mi powiesz, że Ty znalazłeś, a ja się mylę –zrozumienie tego zajęło mi lat…
A teraz szczypię się w rękę i skóra wiotka nie słucha się młodości. Krzyczy ona, iż stara jest wiotczejącym bąblem, który ani czerwonością zdrową nie razi.
A ja jeden dzień pamiętam, Słońce wtedy zawieszone było nisko by nie razić mnie w oczy, co bym więcej zapamiętać mógł. I ciepło było, bardzo ciepło i rowerem jechałem. Najpierw z kolegami, a później oni gdzieś indziej, i się zgubiłem. Jak ja się wtedy nie martwiłem, jakie zaufanie we mnie było, a nie byłem pewien ścieżki, którą zmierzam. A dziś gubię się, i siadam. Siadam z przerażenia i z bezsilności – młodości, gdzie jesteś? Kiedyś taki ciekawy i pyskować lubił, a dziś…śpi.

               A ma młodość tatuaż na plecach miała, i kłótliwa była, ale ukształtowała. Sam wybierałem to, com chciał. I błędów się nie bałem, bo i całą starość miałem by je naprostować. A dziś wiem. Za mało i tak ich popełniałem. Bo błąd mówi: zrobiłeś inaczej, a mądrość: jak zwykle. Błędów jest setka, a mądrość jedna. Ale one bawić się lubią i pozamieniać miejscami od czasa. Urwisy kotłują myśli w głowie i nie wiesz czy dobrze, czy błąd popełniłeś. A i za lat dziesięć zapukają i powiedzą, że cały czas z Ciebie drwiły i że odwrotnie jest niż myślałeś…W istocie odwrotnie myślałem – rzekniesz. Czemu tego nie widziałem? Spałem…

               Bierz z życia co najpiękniej Ci pachnie. Strzeż się życia, bo wilkiem jest groźnym. Uciech tysiąc zaserwuj swemu duchowi. W ascezie byś pogrążyć się raczył.
A jedyne co powiesz z pokorą to: nie wiem. Jak ja mało wiem.
Swe listy miłosne czytaj co dzień, rachunki spal w kominku nieważności.
Gdybym ja tylko wiedział! Alem nie widział. Bo nie wiedzieć niż wiedzieć lepiej. Nie widzieć niż widzieć od czasu jest zdrowiej. Zamknij oczy i widzisz…nic. A w nic toż wszystko może być, a ten kto głowę niesie nisko widzi…nicniewidzialność.
W młodość idę się zanurzyć, bo w starości mi za ciasno. A może źle czynię? Wiosna, lato, czy jesień i mróz? Starość dostojniejsza, mądrzejsza, bo młoda kiedyś była, a nie na wspak. Młodość jednak ojcem starości. Ojcem młodszym od syna…a syn zasnął.
I słyszę fortepian
                                                                                                                       
                                                                                                                                  1711 n. e. Śpię…
Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania, udostępniania na fb, lajkowania. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej przyjemności. Pozdrawiam Damian P.   

wtorek, 5 lutego 2013

"Pożegnania nigdy nie były moją mocną stroną..."


- Chcę byś wiedział, że za złe nie będę Ci miała jeśli pozwolisz się oczarować innej kobiecie. Chcę byś…

- Przecież ja… – zastopował jej słowa.

- Ciiiii… Już. Spokojnie Najdroższy. Daj mi wyszeptać ostatkiem sił słowa, które jak ptaki uwięzione w klatkach czekają na uwolnienie, bo nie wiem, czy będzie mi dane je później wypowiedzieć

- Ależ będzie, zapewniam Cię, że będzie – próbował obiecać coś, czego i anioł nie mógł obiecać, a los nie mógł spełnić

- Może będzie, może nie. Ja nie chce o tym.
Widzisz, lepiej niż moja matka znasz mnie . A matka to osoba która pierwsza po Bogu widziała mnie nagą, bezbronną, gdy szpitalny chłód witałam płaczem. Widziała jak walczę ze światem o postawienie pierwszego kroku. Wiedziała kiedy łkałam mimo, że łzy swe skrzętnie za maską nie wzruszenia próbowałam ukryć. A pomimo tego, nawet iskry płomienia którym darzę Ciebie nie mogła ujrzeć. Bo im mocniej ów płomień zarezerwowany był dla Ciebie, tym ważniejszy dla mnie się stawał.
A ja? Ja od życia niczego nie chciałam. Przyszłam tu z woreczkiem tak małym, by ciężarem dla mnie nie był kiedy go napełnię.  Dawałam się zaskakiwać, a nie udawałam, że wiedziałam. Byłam szczera, choć solenną cenę za słowa niezbrukane fałszem musiałam płacić. I żyłam kiedy mogłam, ale i umierać mi przychodziło. I tak, umarłam kiedy Cię spostrzegłam, byś za chwil parę, tchnął we mnie na powrót esencję Świata.  Powiadają, że miłość, ta natarczywa, wpraszająca się bez zaproszenia od pierwszego spojrzenia, nie może istnieć. Jakież to smutne, czyż nie? Czym więc moje uczucie jest dla nich? Sumą hormonów, wyładowań skrzących się na autostradach neuronów? Niech i tak będzie. Definicje zawsze bowiem są wtórne dla słów, które są panami. Nie bądźmy więc jak wieczne pióra. Choć piękne, szlachetne i z przeznaczeniem dla jednej jedynej dłoni są tylko narzędziami jak młot czy gwóźdź. Kiedy w ręku dzierżysz list, o narzędziu nikt nie wspomina, choćby ze złota wytopione było. Po latach ostoi się papier z tuszem na niego naniesionym - niedrogim, nie bezcennym. Ale to i tylko papier, bez słów nic nie znaczący. Ale aż papier, bo kawałek czyjeś duszy skrywa.

Mógłbyś mnie poczęstować papierosem? – wyszeptała

- Ale tu nie można palić, szpital, sama wiesz, nie wolno, i szkodzi…- próbował wyperswadować to tlącej się na łóżku miłości

- Proszę, przecież mnie nie wyrzucą – odparła delikatnie

- Ale to może się nie spodobać osobom z sali…

- Chłopcze, przestań zrzędzić i odpal tej pięknej dziewczynie tego papierosa, bo ja zaraz to zrobię – odezwała się starsza pani z łóżka po przeciwnej stronie pokoju.

Uśmiech prześlizgnął się przez jej bladą twarz. A jej oczy; jej oczy niczym dwa wszechświaty wypełnione konstelacjami nigdy nie odkrytych gwiazd skrzyły się na jego widok. Kiedy coś mówił, kiedy tarł podbródek, jak miał to w zwyczaju, kiedy marszczył brwi ze zdenerwowania, by zaraz dołeczki uśmiechu wygrały bitwę z czołem marszczonym w rytm niezadowolenia.
Zapach, jeszcze nie podpalonego, winogronowego tytoniu uniósł się wokół otwartej papierośnicy.

- Mówiłam Ci jak kocham ten zapach?

- Wiele razy. Tak wiele, że i ja go pokochałem. – odpowiedział wyciągając zapalniczkę.

Po kilku ruchach krzemieni, pojawił się niebieski na spodzie, przechodzący z żółtego w biały płomień, oświetlający twarz kobiety.

 - Czy pamiętasz te sceny z filmów, kiedy wszystkie światła wokół bledną, by nakierować się całą swą mocą na parę zakochanych?

- Tak. – odpowiedział – a i czemu o tym wspominasz?

- Bo właśnie teraz widzę; zdołałam dostrzec, że bez Ciebie wszystko było przyćmione, zamazane. Ale światło znikąd się pojawiło. Światłem byłeś Ty. Może nie dla wszystkich, może dla nikogo innego, ale czy to nie nadaje Ci większej wartości w moich oczach?
I tylko zastanawiam się, czy Twoje światło jest jak promień Słońca, który kiedyś przestanie istnieć, nie dziś, nie za rok, a za milion lat? Czy jak zapałka zgaśnie, kiedy korpus się jej wypali, parząc palce człowieka przypominając mu jaka moc w owym kawałku drewna jest skrywana? A może na wieki nie zgaśnie, a moja obecność, tu, na ziemi, do niczego potrzebna nie będzie.
Człowiek który płaczem powitał ten świat, płaczem go żegna. Nie dlatego, że się boi, ale dlatego, bo smutno, bo żal. A ja; a ja pogodziłam się z nie pogodzonym, wbrew mnie, bowiem los za mnie wybrał. I choć słowa są kajdanami dla emocji to wiedź, że…kocham Cię nad życie.
A miłość moja do ciebie zamiast utrudniać rozstanie, pozwala się nie bać, tuląc mnie w swych obiecujących spokój ramionach.

Kiedy dziewczyna zdołała zasnąć, mężczyzna wsiadł do samochodu i udał się do ich mieszkania po pluszową zabawkę, która towarzyszyła dziewczynie od maleńkości. Jechał szybko, bo chciał być przy niej kiedy otworzy oczy. Mimo ciemności panującej na zewnątrz, droga była jaśniejsza niż zwykle, może przez latarnie uliczne, a może przez pełnie srebrzystego romantyka.
Po zabraniu maskotki z sypialni, wszedł do pokoju, usiadł w fotelu by na chwilę dać odpocząć ciału. Kiedy tak siedział, przypomniał sobie o ukochanej, która mogła się za chwilę obudzić. I kiedy miał już wstać, nagle poczuł znajomy zapach. W powietrzu unosił się aromat winogron i dymu... a łzy spłynęły mu po policzkach…

Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania, udostępniania na fb,  lajkowania. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej frajdy. Pozdrawiam 

środa, 30 stycznia 2013

Samotność w wielkim mieście. "Samotna Joanno..."


              Zimno było, mroźno. Śnieg trzeszczał pod naporem jej butów. Szła swym wojskowym tempem na trasie tak nużącej, jak często uczęszczanej - dom - praca - sklep - dom.
Nie miała w zwyczaju spoglądać na twarze spieszących się ludzi; spieszących się to do swojej żony, to do kochanki, a innym razem do dziecka, którego widok po rozwodzie tak rzadki.
Ona się bowiem nie spieszyła nigdzie. Nikt nie czekał na nią w domu by powiedzieć, „Gdzie byłaś tak długo?”, „Nie mogłaś wysłać chociaż sms'a?”. Nikt się o nią nie martwił. Nikt przed wyjściem nie mówił by założyła rękawiczki czy czapkę, bo dziś na zewnątrz tak zimno. A dziś, w ten lodowaty wieczór, dała by majątek za taką rade.
Świadomość, że w każdej chwili mogłaby zaginąć i nikt by się o tym nie dowiedział, sprawiała, że przystawała od czasu do czasu na ścieżce prowadzącej z pracy, podnosiła głowę ku niebu, teraz tak gęsto posłanemu chmurami i patrzyła wołając w duszy –
„Przyjdź.
Złam mi serce, ale bądź.
Przyjdź na 5 minut, zostań całe życie!
Proszę...bądź...”.
I tak jak zwykle, zdawało się, że nikt nie nasłuchiwał jej milczącego wołania...
Na jej twarzy, pokrytej cienką siateczką naczynek, widocznych dzięki panującej zimie, zaczęło zbierać się coraz więcej płatków śniegu.
Topniały tak szybko, że nie mogła ich nawet poczuć na rozpalonej buzi, nie wspominając o próbie odgadnięcia ich niepokalanego kształtu. „Musze iść" - powiedziała do siebie, obierając kurs na swoje mieszkanie.

Szybki chód Joanny miał być jak obietnica dawana samej sobie, że ktoś tam wciąż się nie cierpliwi, by ją zobaczyć. Była wtedy identyczna; była jak inni ludzie, biegnący po ulicach dużych miast.

Smutek, samotność, marazm powtarzalności, to składniki z których przyrządzała sobie codziennie drinka.
Zdawało się jej, że jest najbardziej spragnioną miłości osobą na świecie. Jej puste pocieszanie, iż nawet w związku ludzie się nudzą, ranią, nie pomagało ni grama. Ona bowiem chciała się nudzić z kimś u boku. Z kimś, kto potrafiłby wziąć ją w ramiona kiedy wszyscy inni zapomnieli. Być dla niej ścianą, kiedy wszystko wokół się wali.

Joannie nie brakowało niczego; nigdy. Znani rodzice, obracający się w kręgach tak niedostępnych dla zwykłego śmiertelnika. Najlepsze szkoły, a w nich jej wyśmienite wyniki, adekwatne do ceny płaconej za możliwość uczęszczania do nich. Studia, dyplomy, praktyka, kolejne dyplomy...
Tylko tego pierwszego pocałunku za murami szkoły gdzieś zabrakło. Tego uciekania z lekcji, żeby pobyć sam na sam z chłopakiem, tym złym, bo to jego pomysł by uciec, by złamać zasady.Tych nocy przepłakanych po kimś, a nie za kimś, tak jak miało to miejsce dzisiaj.

„To ten wieczór” - pomyślała, uśmiechając się do siebie. Wstała z sofy, która ostatnimi czasy była jej kompanem w samotnym oglądaniu seriali zza oceanu i udała się do łazienki - jej domowego spa. Było to bowiem jedyne pomieszczenie wykonane z tak wielką pieczołowitością. Całe jej mieszkanie mówiło o tym, kim wydaje się być, ale jej łazienka pokazywała kim na prawdę jest. Wszystko dopracowane w najmniejszym szczególe, mozaiki robione na zamówienie, drewniana wanna przypominająca jej ciepło starych chat, i lustra, piękne, wielkie lustra.
Po półgodzinnym wylegiwaniu się w wannie, przy zapachach wonnych olejków, tak rzadkich jak drogich, dokończyła swój rytuał.
Teraz szafa, a raczej pokój z ubraniami. Jeśli oddzielne pomieszczenie na garderobę stanowi o bogactwie i próżności, to tych z pewnością Joannie nie można było odmówić.
- Drrrrrin - Wybieranie odzienia przerwał jej dzwonek do drzwi.
Młoda bizneswoman widziała, że z miłością nie ma to nic wspólnego, ale czy takie, weźmy na ten przykład  małżeństwo, z miłością ma? - tłumaczyła swoje zachowanie.
Drzwi zostały otwarte z nadzieją, prośbą o obietnice, której nie mogła żądać od Adama – o ile w ogóle miał tak na imię.
Jak zwykle gustownie ubrany, pięknie pachnący, ale nie na tyle, by jego zapach mogła poczuć obca kobieta.

- Witaj Asiu
- No no Adamie, dzisiaj przeszedłeś chyba samego siebie – kokietowała przystojnego mężczyznę.
- Gotowa na kolacje?
- Dziś zjemy u mnie. Nie chce nigdzie wychodzić. Nie chce patrzeć na zakochane pary w restauracjach, chyba, że...
- Asiu przecież znasz zasady- stanowczo, acz delikatnie jej przerwał, by nie zranić uczuć kobiety
- Zasady, zasady. Gdyby nie one, to byłabym teraz szczęśliwa, wiesz? A nie musiałabym umawiać się z...oh przepraszam Cię – dotarło do niej to co chciała powiedzieć. Z jednej strony cieszyła się, że ugryzła się w język, ale i tak widziała, że Adam domyślił się co miała na myśli.
- Już dobrze – odpowiedział. - Może wejdę?
- Tak, tak, zapraszam – odetchnęła z ulgą.

Kobieta, która jak zdawało się mogła mieć wszystko, wszystkiego nie miała.
Dziś płaciła za coś, co w romantycznych filmach ludzie dostawali ot tak, po prostu, za darmo.
Na początku duma zbyt mocno ją uciskała, ale w końcu poddała się. Z tęsknoty za męskim głosem, dotykiem, a może bliskością.
Czy gdy patrzyła Adamowi w oczy, wyobrażała sobie kogoś innego? Kogoś, o kim wciąż myśli, nie znając nawet jego twarzy? To bowiem dawało jej nadzieje, usprawiedliwiało ją.
"Kiedy „on” już się zjawi, będę mogła mu powiedzieć – za każdym razem myślałam o Tobie, zawsze o Tobie..."


Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania, udostępniania na fb,  lajkowania. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej frajdy. Pozdrawiam 

wtorek, 15 stycznia 2013

Każdy początek ma swój koniec, by każdy koniec mógł być na powrót początkiem.


                    Ostatnio mam nie przyjemność widzieć wiele rozstań ludzi, którzy byli sobie bliscy przez tak wiele lat. Nie wiem z czego to wynika, ale jeśli tak jest lepiej, to nie mam zamiaru protestować.
Ja rozstania ostatnio żadnego nie przeżyłem...w realnym świecie...

- Czy płakałabyś gdybym odszedł?

- Co to w ogóle za pytanie? Oczywiście żebym tęskniła – oburzyła się. - Brakowałoby mi Twych oczu spoglądających na mą twarz o poranku, gdy moje jeszcze brodzą we śnie. Brakowałoby mi dotyku Twych dłoni, gładzących me piersi, z uwielbieniem, a nie pożądaniem niczym zwierzęce, nie rozumiejącego piękna ciała.

- Przestań! - przerwał jej gwałtownie. - Nie mów tak!

- Jak nie mam mówić, skoro słowa te czuje. Chce je wypowiedzieć na głos, by odbite od świata, echem do mnie wróciły, sił mi dodały.

- Ale...ale ja nie zasługuje – podniósł się z fotela, odłożył nalaną wcześniej whisky i podszedł do okna. - Nie zasługuje na Twe myśli, na Twe utęsknienie gdy spóźniam się z pracy, kiedy w ręku trzymasz telefon niczym kamień rozpalony, odkładany i podnoszony co minutę, co sekundę. Nie jestem już tym, komu powiedziałaś tak. Komu drzwi w zimowy wieczór otworzyłaś, nie zważając na chłód mogący wtargnąć do mieszkania bez proszenia. Kołatałem, a Ty otwarłaś. Bez uprzedzeń. Z nadzieją na lepsze. Ale ja już nie jestem tym, kim przedstawiłem Ci się u początków mej z Twoją znajomości.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zdumiała się, a łzy niczym fale oceanu cisnęły się do jej oczu. - Tylko mi nie mów, że to nie moja, a Twoja jest wina. I tak nie uwierzę.

- Kiedy to prawda. To ja się zmieniłem. To ja zbyt często oddawałem swe serce pod opiekę długowłosych aniołów. Zbyt często, zbyt intensywnie zapominałem o Twym istnieniu. A teraz, ja nie potrafię Ci spojrzeć w oczy. Moje sumienie, tak obłąkane, spokoju mi zaznać nie daje. Ich imiona Alicja, Nicola...

- Zamilcz! Nie chce tego słuchać... - łkała

- Kiedy zobacz jakim jest naprawdę. Dobrym mnie zrodzono, a grzesznym pochowają. Z serc zranionych, złamanych rozliczony będę. Na sądzie nie pozwolę zabrać Ci głosu w mej obronie. Jednak usprawiedliwienia szukam. Starałem się, nie pozwalałem łatwo poddać się złu tkwiącemu w mej duszy.

- Nie jesteś zły – przytuliła w myślach kogoś, teraz tak obcego. Wydawało się jej bowiem, że zna człowieka z którym przeprowadziła tyle cudownych rozmów, przy akompaniamencie wina, tak starego, jakby chciała, by ich związek kiedyś był. - Nie jesteś zły – powtórzyła.

- A dobrym byś mnie nazwała? Więc skoro na przymiot dobra z Twych ust nie zasługuję, to czym więcej, jak czymś złym jestem?

- Jaką miarą swą nikczemność mierzysz? Ja od 3 minut nie przestałam Cię kochać, a i zła w Tobie nie widzę. I wiem, że póki uczucie we mnie goreć będzie, to go nie ujrzę. Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że nie potrafię. Miłość mnie zwiodła. Słodki narkotyku odurzaj mnie wciąż od nowa. Uczucie którym pałam do Ciebie jest niczym ściana murowana wspomnieniami, stojąca przed trzeźwo patrzącymi źrenicami...


Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania,  informowania swoich znajomych o tym blogu. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej frajdy. Pozdrawiam 

piątek, 11 stycznia 2013

Dialog miłości z zazdrością


                    Z natury nie jestem osobą zazdrosną, a może po prostu się nigdy nie zakochałem. Tak zwyczajnie w świecie. Niestety nie ma jeszcze testu na miłość, który pozwalałby nam ją odróżnić od tuzina innych uczuć. A może miłość to układanka konkretnych emocji, które same nic nie znaczą, ale razem, dają nam miłość? Czy to nie dziwne, że można pożądać ale nie kochać, i można nie znosić, a kochać nad życie?

                    Kiedyś pewna kobieta powiedziała mi, że to źle, że nie jestem zazdrosny; że to znaczy, że mi nie zależy na kimś. Zmartwiłem się. Pomyślałem, że może być to prawdą, skoro tak wiele osób wokół mnie jest zazdrosnych o swoje połówki albo cierpią z powodu owej zazdrości. Zastanowiłem się nad owym zarzutem, który mi postawiono i po chwili zacząłem:

- Czy zazdrość to przeciwieństwo zaufania?

- To zależy co rozumiesz przez zaufanie – odpowiedziała

- Gdybyś była pewna, że Twój mężczyzna nigdy nie uczyni czegoś, co zabolałby Cię, co złamałoby Ci serce, to ufałabyś mu?

- Gdybym miała pewność, tak, to bym ufała

- Więc zazdrościsz, bo nie do końca ufasz, prawda?

- Tak można byłoby to ująć – wypowiedziała z grymasem piszącym się jej na twarzy

- A czy elementem miłości jest zaufanie?

- Tak, na pewno tak. Jakbym miała zresztą kochać, gdybym nie ufała? Oszalałabym.

- Więc jeśli zazdrość jest uczuciem przeciwnym zaufaniu, które zresztą składa się na miłość, jak owa zazdrość może być zarazem jej elementem?

- No tak, ale... - dziewczyna nie wiedziała co powiedzieć. W głębi serca chciała przyznać racje ale ambicja nie pozwoliła jej przegrać rozmowy, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie – ale to właśnie miłość. To właśnie ten paradoks. Miłość nie jest jednowymiarowa. Ona mieni się zarówno kolorami najpiękniejszych dywanów z Indii, jak i czernią tak głęboką, że aż zdolną zgasić świece.

- Ale czy czerń to kolor? Kiedy jest Ci zimno, to takie coś jak mróz nie istnieje. W fizyce bowiem jest jedynie ciepło, a konsekwencją jego braku jest chłód. On sam obiektywnie nie istnieje. Tak samo jest z czernią, która nie jest kolorem, a jego brakiem.

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że czerń symbolizuje brak miłości? - zdumiona próbowała chłonąć każde słowo całym swym ciałem

- Nie. Czerń obrazuje wszystko to, co miłością nie jest, a co my ludzie, istoty wiecznie usprawiedliwiające swe słabości, chcemy nazywać jej przymiotami. Z zazdrości bowiem uczyniliśmy cnotę na wskroś najwyższych idei. „Zazdrościsz, czyli Ci zależy”- powiadają. Tak samo jak wmawia się nam od maleńkości, że miłość to wcale nie lekka podróż. Nic bardziej mylnego

- Ale dlaczego? - zdumiała się dziewczyna. - Przecież miłość jest trudną wędrówką

- Nie. Miłość nie jest wędrówką. Miłość kończy swój bieg kiedy się pojawia. Kiedy się pojawi, niczego więcej nie wymaga. Miłość nie jest jak kwiat, który trzeba podlewać, dbać o niego. Miłość to ziarno, z którego kwiat wyrasta. A kwiat jest jej owocem. Kwiat symbolizuje jej podtrzymywanie, jej ciągłość. Jeśli nie zasieje się ziarenka, to choćbyśmy dbali o ziemię, podlewali ją i Słońca jej co dnia użyczali, to kwiat się nie pojawi, bo nie było na czym budować, nie było fundamentu którym jest miłość. A zatem owe ziarenko samo w sobie jest nią całą.

- Czy to znaczy, że nie warto dbać o miłość? Że niby ona sama się obroni? - chciała zrozumieć

- Nie. Miłość nie ma nic wspólnego z codziennością. Nie możemy walczyć o miłość, bo ona jest albo jej nie ma. Możesz nie zamienić z kimś słowa, a go pokochać, a możesz walczyć – jak Ci się zdaje o miłość – ale nigdy jej nie doznać.
Wiele razy mimo czyichś starań, wcale nie odwzajemniamy uczuć tego kogoś. Mamy poczucie winy, dlaczego nie potrafimy pokochać, tak dobrego dla nas człowieka. Dochodzi do tego, że zaczynamy się obwiniać, bo nie potrafimy zrozumieć, że miłość istnieje bez powodu, W owych czasach wszystko ma swoją przyczynę i konsekwencję. Jak więc wytłumaczyć, że coś, a tym bardziej coś tak ważnego jak ona, pojawia się ot tak, znikąd. Wydaję nam się, że ktoś na miłość musi zasłużyć, kiedy wcale tak nie jest. Z miłością jest jak z Bogiem. Możesz go szukać i nikogo nie znaleść. A możesz usiąść wygodnie i pojawi się znikąd, bo tak było Ci pisane, a może nastał Twój czas, a może zrobiłaś coś, o czym nawet nie wiedziałaś. Nieważne. Ważne jest to, że nie Ty go znalazłaś, a on odnalazł Ciebie.

- No tak, ale jak to ma się do zazdrości? To dlaczego zazdrościmy? Po co nam to uczucie, skoro jest złe?

- Ono istnieje dla Ciebie, a nie dla kogoś. Ono ma Ci ułatwić zrozumienie tego, że z miłości przechodzisz w pożądanie, i to nie erotyczne ale handlowe. Chcesz czegoś, czego mieć nigdy nie będziesz, drugiego człowieka. A kiedy tego nie dostajesz tupiesz nóżkami jak małe dziecko w sklepie z mamą, która mówi, że czegoś nie kupi.
Rodzic zrozumie, że miłość to nie stan posiadania, kiedy jego ukochane dziecko wyprowadzi się z domu. Kochanek zrozumie, że miłość to nie stan posiadania, kiedy ukochana osoba umrze. Uczucie bowiem w obu przypadkach będzie wciąż żywe, będzie istniało.

- Czy to znaczy, że trzeba umrzeć by szczerze pokochać? Albo mój ukochany musi umrzeć, bym zrozumiała, że zazdrość jest zła? - skrzywiła się, nie wierząc w to, co mówi.

- Nie. Przez zazdrość możesz stracić ukochaną osobę albo zrozumieć, że ona nie musi odchodzić, byś nie była o nią zazdrosna. To, że ktoś Cię zdradził nie znaczy, że naciskasz w sercu guzik „Przestaje kochać” i wszystko gotowe. Po sprawie. Zapomniałam. A jednak kochasz dalej, prawda?

- Czyli mam rozumieć, że tak samo jest z zazdrością? Czy ona będzie, czy nie, to nie zmieni faktu, że kogoś kocham, dobrze wnioskuje?

- Tak.

- Ale jak oduczyć się być zazdrosną?

- Tak jak oduczyłaś się raczkować, a nauczyłaś się chodzić – musisz pracować nad tym. Ale ważniejsze jest to, co teraz zrozumiałaś. Bo wiesz, o co walczysz. O kogo walczysz. Możesz być zazdrosną, ale twe serce albo pęknie albo tamto ucieknie. Nie masz wpływu na to, co uczyni drugi człowiek. Nigdy nie miałaś i nigdy mieć nie będziesz.

Dziewczyna posmutniała i oddaliła się z nostalgią w oczach...


Witaj Czytelniku! Jeśli podobają Ci się znajdujące się tu teksty, to zapraszam do komentowania,  informowania swoich znajomych o tym blogu. Więcej czytelników, więcej tekstów, więcej frajdy. Pozdrawiam